ZB-Szwoch.pl - Mój pamiętnik z wypraw

Witam w moim miejscu na świecie! Znajdziesz tu kilka spostrzeżeń, wspominek z wypraw i generalnie – mój punkt widzenia na podróże. Skoro już tu jesteś, to może akurat znajdziesz inspirację na swą własną :)

Grenlandia – My Immortal

Po dwóch wyprawach na Grenlandię, w 2014 Arctic Circle Trail i 2016 roku W dmuchanym lodołamaczu – kajakowa Grenlandia, odniosłem wrażenie, że z „Zieloną Wyspą” złapałem pewną więź. Ktoś kiedyś powiedział, że jeśli zwiedziłeś na świecie już wszystko, bez obaw – zawsze pozostaje Grenlandia. A ona jeszcze długo zostanie niezdobyta i OBY – niezadeptana turystycznie, jak chociażby Islandia.

W sierpniu 2017 roku, z Gdańska przez Malmo i Kopenhagę, lecę do Narsarsuaq, leżącego na południu Grenlandii. Kopiując swój tekst z 11.sierpnia:

Lot do Narsarsuaq, odbicie na lodowiec i spłynięcie Jespersen Dal, trekking do Qaqortoq. Stamtąd helikopter do Nanortalik i atak na Tasermiut fjord z przebitką na zachód na samym końcu fiordu i docelowo dotarcie do Alluitsup Pa. Stamtąd łodzią powrót do Narsarsuaq. Chciałoby się dłużej, ale cóż, zobaczymy ile z tego wyjdzie.

Taki był mój plan. Napięty do granic możliwości, co z perspektywy czasu uznaję za błąd, ale kto z Was nie zna tego, że ile byśmy czasu nie mieli, chciałoby się jak najwięcej…

Lecę z nowym zakupem – pontonem typu packraft. Ultralekki, ważący niewiele ponad 3 kg, z łatwością mieszczący się w plecaku. Miał mi posłużyć do pokonywania krótszych fragmentów niż normalny kajak, przecinania fjordów i spływania rzek.

Z jedzeniem, śpiworem, namiotem i pontonem, po cięciach, mieszczę się dokładnie w 20 kg, jakie przysługuje mi na bagaż rejestrowany, zarówno w Wizz Air, jak i Air Greenland. Ląduję w Narsarsuaq około południa. Miasteczko jeszcze mniejsze niż Kangerlussuaq. Zakup gazu i lokalizacja zejścia do wody. Wiatr dość silny, ale traci na prędkości po około godzinie wiosłowania. Widoki obłędne, góry lodowe oczywiście mniejsze niż te z okolic Ilulissat, ale i tak przez rok zdążyłem się za nimi stęsknić. Po prawie 10 godzinach mozolnego wiosłowania (ponton jest jeszcze wolniejszy niż kajak pneumatyczny) dopływam do miejsca, z którego miałem nazajutrz zacząć wędrówkę w stronę lodowca Jespersen Bre. W nocy wychodząc za potrzebą widzę nieprawdopodobną zorzę, szczerze – takiej się na południu Grenlandii w połowie sierpnia nie spodziewałem…

Bladym świtem pakuję swój ekwipunek i ruszam brzegiem w górę rzeki Qorqup kua. Marsz jest zupełnie bez szlaku, wyłącznie na podstawie mapy i relacji jednego Belga – Willema van Doorne. Nieoczekiwanie po godzinie spotykam grupę Włochów, którzy także podążają w stronę lodowca. Przecierają oczy ze zdumienia, że z mojego plecaka wystają wiosła. Ich plan zakłada marsz i powrót tą samą drogą. Nasze drogi przecinają się kilkukrotnie w ciągu kilku godzin. Wzajemnie korzystamy ze swoich zdolności lub ułomności (w moim przypadku) nawigacyjnych. Droga nie jest lekka, dużo tzw. bushwracking, czyli przedzierania się przez krzaki o wysokości ok. 2,5 m. Na wzgórzach znać o sobie znają dzikie owce, z tego co wyczytałem, jakieś 20 lat temu, gdy z okolicy zniknęli ostatni farmerzy – owce pozostały, i wiodą tu życie do dziś. Za ich sprawą raz w czas, można skorzystać z wydeptanej ścieżki. Po bokach góry wzbijające się na 1600m. n.p.m., tego dnia jednak lekko skryte pod chmurami.

Po południu idę już sam, po mojej lewej widzę przepotężny wodospad i tzw. morze Motzfeldta, jestem coraz bliżej lodowca, jednak dopiero nazajutrz dojdę do punktu, z którego z powrotem będę mógł napompować i zwodować ponton. Śpię tuż obok kontenera, zamkniętego na cztery spusty, ale dającego mi idealną ochronę przed wiatrem, a zarazem z dachu obłędne widoki na lodowiec.

16.sierpnia zaczyna jak się każdy inny dzień – śniadanie z płatków owsianych, jajek w proszku, z domieszką masła orzechowego. Dzisiejszy dzień miał być kluczowy, jeśli chodzi o późniejsze dotarcie do Qaqortoq…

Idę żwawo, udaje mi się odnaleźć kilka owczych szlaków, dzięki którym idzie mi się znacznie łatwiej. Pogoda bardzo dobra, słonecznie, bez wiatru, meszki i komary dokuczają, ale nie na tyle, bym musiał iść w moskitierze. Około 14 lokalizuję dobre miejsce na start spływu rzeką Jespersen Dal.

Płynie mi się wybornie, na prawym brzegu mijam chatkę, jest jednak zbyt wcześnie, a warunki zbyt sprzyjające, by decydować się na nocleg. Kilkukrotnie trafiam na płycizny. Po około trzech godzinach zaczyna się szereg wydarzeń, który niemalże na zawsze przeprowadził mnie na „tamtą” stronę…

Wypływając z jednego z zakrętów widzę niebywałe spiętrzenie rzeki, którego spodziewałem się, ale nie w tym miejscu, a przede wszystkim nie w takiej skali. Rzeka osiąga poziom IV – V w VI stopniowej skali trudności. Nie mam szans na dotarcie do brzegu. Pozostaje mi zawziąć się w sobie i wspiąć się na wyżyny możliwości swoich i pontonu. To jednak na nic się zdaje, bardzo szybko ponton się wywraca i wpadam do lodowatej wody. To co się później dzieje… W pewnym stopniu do teraz jest dla mnie tajemnicą… Raz po raz uderzam pod wodą o skały, tracę i odzyskuję przytomność. Jestem oczywiście w kamizelce, ale nurt jest tak silny, że prawie cały czas znajduję się pod powierzchnią wody. Wykazuję jaką tylko mogę wolę przetrwania, ale to na nic… Nie wiem ile to trwało, ale powoli dochodzi do mnie, że to już koniec… To się stanie właśnie tutaj. Co wówczas czułem? Rozczarowanie. Tym, że tyle rzeczy niezałatwionych… I nie tylko. Wiele myśli, to co pamiętam to głowie muzyka islandzkiego Sigur Ros – piosenka Ekki Mukk i słowa: „Don`t be afraid…you`re almost home…”. Wedle definicji przechodzę w stan śmierci klinicznej, bo widzę swoje ciało z góry, unoszące się na wodzie… Budzę się jednak na kamieniach po lewej stronie rzeki.

Staram się trzeźwo myśleć. Żyję, nie mam pontonu, plecaka i niczego poza tym, co na sobie. Jeśli zastanie mnie noc – zginę z wychłodzenia. Było około godziny 18. Przypominam sobie z mapy, że nieopodal, po tej stronie rzeki znajduję się miejscowość Sondre Igaliku. Nie widzę jednak żadnych zabudowań. W mokrych ubraniach postanawiam iść przed siebie, powoli, jeszcze na adrenalinie. Byłem obolały, ale nie czułem przebitego płuca, ani licznych złamań. Docieram do jednej z chatek, jest otwarta, jak wszystkie. Nie ma nikogo. W lustrze widzę siebie i swoją twarz, w połowie czarna, lewe oko na tyle podbite, nic przez nie nie widzę. Zdejmuję ubrania, zawijam się w koc i kładę na łóżko. Budzę się po kilku godzinach, nie mogę się ruszyć, przejście na drugi bok to szczyt możliwości. Załatwiam się na podłogę w kolorze niemalże czarnym. Co ciekawe, jestem ciągle otumaniony, ale nie mam żadnej załamki psychicznej. Mobilizuję się, by wstać i zrobić mini rekonesans w poszukiwaniu jedzenia w domu. W kuchni znajduję trzy puszki rybne i kwasek cytrynowy do herbaty. Niestety nie ma wody, ale to już zawsze coś. Z okna w oddali widzę inne domki. Stwierdzam, że przeżyję tak 2-3 dni, jeśli nikt się nie pojawi, to wyjdę w poszukiwaniu pomocy.

Kolejnego dnia zjawia się właściciel domku, jest przerażony moim widokiem. Mówię do niego po angielsku, chcąc przede wszystkim przeprosić, za to, że ot tak – jestem w jego domu. I narobiłem bałaganu. Inuita nie mówi słowa po angielsku, ale sprowadza kilku mieszkańców wioski, które przynoszą mi jedzenie oraz wzywają pomoc ze szpitala w Qaqortoq. Na brzegu odnajduje się mój plecak…

Przypływa po mnie motorówka z lekarzem i pielęgniarką – Duńczycy. Badają mnie i stwierdzają, że niezbędny jest natychmiastowy transport do szpitala. Żegnam niezwykle pomocnych Inuitów z Sondre Igaliku. Obiecałem sobie kiedyś tam wrócić…

Przez Fjord Igaliko i pośród gór lodowych płyniemy w nocy około dwóch godzin. Lot helikopterem był niemożliwy z uwagi na mgłę. Wnętrzności przelewają mi się, ale wiem, że jestem w dobrych rękach. Z portu w Qaqortoq odbiera mnie karetka i jedziemy do jedynego szpitala w południowej Grenlandii. Na sali jest cały, choć nieliczny personel szpitala. Prześwietlenie i diagnoza – w przebitym lewym płucu jest krwawienie, które niezwłocznie trzeba usunąć. Zabieg od razu, na miejscowym znieczuleniu, które jednak niezbyt działa, na chwilę też tracę przytomność, na co doktor później powiedział: „You scared us a little bit…”.

W końcu musiałem też poinformować najbliższych o tym co się stało. Tydzień leżę w szpitalu, przez pierwsze 5 dni jako jedyny pacjent. Do płuca mam wprowadzony dren odprowadzający płyn. Mam bardzo mocno złamany prawy obojczyk, a pod wodą doszło do dość mocnego wstrząśnienia mózgu. 5 razy dziennie łykam środki przeciwbólowe.
Niestety, z uwagi na odmę płucną, nie mogę wrócić do domu lotami, które miałem zarezerwowane pierwotnie na drogę powrotną.

Jestem zmuszony nieco dłużej zostać w Qaqortoq. Mimo moich obiekcji, dolatuje do mnie Agnieszka, z którą na tydzień zamieszkujemy w hostelu. Mam dodatkowo mega ze wsparcie ze strony duetu P+P i innych osób. Aga przywozi mi książkę i komputer, dzięki czemu, a przede wszystkim JEJ, dni powoli mijają. Z czasem wychodzimy na krótkie spacery. Chyba powoli dociera do mnie co się stało.

6.września jestem z powrotem w Gdańsku. Na lotnisku mam niebywałe powitanie. Potem przychodzi czas na powolne składanie się. Po pół roku ostatecznie bez operacji zrasta się prawy obojczyk. Mogę wrócić do pracy. Firma w tym czasie działa normalnie dzięki mojemu wspólnikowi i zarazem najlepszemu przyjacielowi.

Niespełna rok po wypadku płynę, idę i jadę Ze wschodu na zachód północnej Norwegii.

Los tak chciał, że to wszystko nie skończyło się dla mnie na Grenlandii… Moje życie nie zmieniło się o 180 stopni, ale myślę, że trochę je przewartościowałem. Szczególnie na początku cieszył mnie każdy szczegół, np. własny kubek do herbaty czy poduszka.

Wszystko niby jest takie same, ale jednak trochę inne… Niektóre sprawy stały się zupełnie błahe, a inne zacząłem wyolbrzymiać. Staram się jednak cieszyć, każdym dniem.

* * *

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *