ZB-Szwoch.pl - Mój pamiętnik z wypraw

Witam w moim miejscu na świecie! Znajdziesz tu kilka spostrzeżeń, wspominek z wypraw i generalnie – mój punkt widzenia na podróże. Skoro już tu jesteś, to może akurat znajdziesz inspirację na swą własną :)

W dmuchanym lodołamaczu – kajakowa Grenlandia

10. sierpnia 2016, udałem się w swoją drugą, tym razem dwutygodniową podróż na “zieloną” wyspę, czyli Grenlandię. Leciałem po kolejny ze swoim dmuchanym kajakiem, który tym razem miał posłużyć także jako lodołamacz. Wyprawa planowana przez kilka miesięcy miała kilka wariantów, a ostatecznie wykrystalizowała się na miejscu.

Plan:

 

Dni 1-2

Startuje z Gdańska o 6.15. Niestety mam niewielki nadbagaż, mimo bardzo restrykcyjnych cięć wszystkiego co się da w trakcie pakowania. Mój bagaż rejestrowany waży 24,3 kg(z czego 17,5kg to kajak). Limit takowego w SAS-ie wynosi 23kg, a w Air Greenland 20kg. Różnica czasu między Polską i Grenlandią wynosi 4 godziny. Miło było po dwóch latach ponownie wylądować w Kangerlussuaq. Porównując do startu Arctic Circle Trail, tym razem Grenlandia powitała mnie arktycznymi upałami, w słońcu było lekko z 25 stopni. Ze stolicy Dani do głównego przesiadkowego lotniska leciałem Airbusem 330, który jako jedyny z floty Air Greenland przewozi pasażerów z kontynentalnej Europy. Godzinny lot do Ilulissat odbywa się na pokładzie dwuśmigłowego Dasha-8.

Powyżej budynek lotniska w Ilulissat. O Grenlandii napisano już wiele, ja więc tylko przypomnę, iż jest jest to największa wyspa świata nie będąca samodzielnym kontynentem. Gdyby stopniały wszystkie grenlandzkie lodowce, poziom wód na świecie podniósłby się o 6-7 metrów. O szeroko pojętym ociepleniu klimatu sporo się zresztą na Grenlandii mówi, gdyż jest ono właśnie tutaj najbardziej namacalne. Zbliżając się do lądowania w Ilulissat po raz pierwszy mym oczom ukazują się góry lodowe, no i od razu w spektakularnym wydaniu. Ilulissat Icefjord, wpisany na do listy światowego dziedzictwa UNESCO, jest najproduktywniejszym lodowcem w północnej hemisferze. Samo miasto, które po Nuuk i Sisimiut, jest trzecim co do liczby mieszkańców miastem na Grenlandii, leży u czoła lodowca.

Na pierwszą noc mam zarezerwowany pokój w hostelu, za 400 DKK (na Grenlandii obowiązuje korona duńska, około 200zł, witamy w cenach Północy).

Mam niestety problemy z telefonem, z którego bez problemu dzwoniłem z Grenlandii przed dwoma laty. Trochę mi to podcina skrzydła i wokół tego krążą moje negatywne myśli pierwszego dnia. Skupiam się na uzupełnieniu zaopatrzenia, a przede wszystkim zakupie gazu. To się udaje. Lokalizuje najlepsze możliwe zejście do wody i nazajutrz mam w planie wystartować. Korzystam z internetu w miejscowym pubie (są trzy miejsca w Ilulissat, gdzie można za ok 30 DKK wykupić 30 minut wifi), odpalam internet i dowiaduje się o pierwszych od paru dni medalach dla Polski na Igrzyskach Olimpijskich w Rio (a któż by inny – kajakarze 🙂 ).

Mało kto wie, że słowo kajak, a właściwie qajaq, wywodzi się z Grenlandii. Inuici jako pierwsi za pomocą kajaków na wyspie, a także w Ameryce Północnej, polowali na wieloryby (!). Te tradycyjne były wyściełane foczym futrem i miały długie zaostrzone dzioby, tak jak kajaki morskie .Mój dmuchaniec nieco od nich odbiega…

Nieprawdopodobna mgła, nie jakaś tam mgiełka, ale taka jak u Stephena Kinga w filmie “Mgła”, tylko brakowało tych fikuśnych pajączków wielkości budynków.

Widoczność na 10 max 20 metrów. W porcie co chwila wyje syrena. Mimo najszczerszych chęci do natychmiastowego startu, nie ryzykuje zejścia na wodę w obcym mi terenie. Zaraz przy zejściu znajduje się widocznym na zdjęciu kościół Zion, a ciut dalej muzeum, a zarazem miejsce narodzin legendarnego eksploratora arktyki – Knuta Rasmussena. Z uwagi na pogodę, z chęcią wstępuje do muzeum, w którym spędzam około półtorej godziny. Bilet za 60 DKK uprawnia do wstępu do dwóch muzeów (Knuta Rasmussena oraz muzeum sztuki).

Knud Rasmussen, właściwie Knud Johan Victor Rasmussen (ur. 7 czerwca 1879 w Ilulissat na Grenlandii, zm. 21 grudnia 1933 w Kopenhadze) – duński podróżnik, badacz Arktyki i etnograf.

Z pochodzenia był półkrwi Inuitą – synem duńskiego misjonarza oraz grenlandzkiej Inuitki. W 1910 r. założył w Qaanaaq (Thule) stację badawczą. W latach 1921–24 psim zaprzęgiem odbył najdłuższą ze swych wypraw, w czasie której przebył trasę od Ziemi Baffina, poprzez północną Kanadę do Cieśniny Beringa. Na jego cześć region północno-zachodniej Grenlandii nazwano Ziemią Knuda Rasmussena.

Z cytatów Knuta, które zapadły mi w pamięci:

“Give me snow, give me dogs; you can keep the rest”. 🙂

Muzem zawiera mnóstwo ciekawych informacji i eksponatów, część ujęta w formie multimedialnej, całość bardzo przystępna dla odwiedzających.

Wspomniane muzeum sztuki(na zdjęciu powyżej) traktuje bardziej jako ciekawostkę. W środku można kupić obrazy oraz rękodzieła miejscowych artystów.

Wraz z kolejnymi godzinami mgła nie ustaje. Udaje się z powrotem do miasta gdzie wysyłam kartki do najbliższych.

Około 15 rozstawiam namiot, na wypadek gdybym miał zostać w Ilulissat dzień dłużej. Przymykam oko na godzinkę z hakiem. Po przebudzeniu widoczność na horyzoncie znacznie się poprawiła i niezwłocznie pakuję cały ekwipunek, by około 17 wystartować.

Manewrowanie wokół gór lodowych to nowe, niesamowite doświadczenie. Góry przybierają najróżniejsze kształty i kolory. Wiosłując mijam lotnisko w Ilulissat i kieruje się dalej na północ.

Znajduje się w zatoce Disko, której nazwę nadali Holendrzy. Tego dnia dopływam w zatoczkę Pengaliqtoq przed Rodebay, miasteczka najbliżej Ilulissat (46 mieszkańców w 2010), do którego prowadzi nawet pieszy szlak (95% porusza się jednak łodziami motorowymi).

Mapka dnia – przepływam około 17km, co uznaje za dobry wynik jak na niespełna 4h wiosłowania.

W zatoczce, do której dobijam, spotykam gości 🙂

Dzieciaki są zaciekawione moim przypłynięciem. Z marszu przynoszą mi jagody oraz inny mały prezent (splątane źdźbła trawy), najstarszy z nich mówił trochę po angielsku. Z rozmowy wywnioskowałem, że przebywają na czymś w rodzaju plenerowych wakacji. Dwóch z nich było braćmi. Opiekowała się nimi starsza kobieta, która jednak cały wieczór spędziła wędząc rybę, w stworzonej przez siebie ziemiance.

Kładę się spać, lecz co chwila budzą mnie eksplozje przypominające detonacje bomb. To oczywiście nic innego jak góry lodowe. Ich układ jest każdego ranka inny aniżeli wieczorem. Dopiero z czasem przyzwyczajam się do wspomnianych eksplozji.

Dzień 3

Budzę się wcześnie(około 7.00) i jem jak co dzień “śniadanie mistrzów”, czyli owsiankę z nutellą. Żegnam się poznanymi dzieciakami i o 8.30 jestem na wodzie. Wśród nisko zawieszonych chmur mijam Rodebay.

Nie dopływam do brzegu, mam przed sobą dość długi dzień. W oddali widzę pionowe słupy powietrza wydostające się z wody. Na początku myślałem, że to mi sie zdaje, ale zbyt wiele razy się powtarzało. Wprawdzie w dość znacznej odległości, ale raz po razie zaczęły się pojawiać ogony wielorybów, a konkretnie wali grenlandzkich. Te słodziaki osiągają nawet do 20m długości.

Wal grenlandzki jest zwierzęciem stadnym, żyje w grupach po kilka osobników, ale trafiają się stada liczące do 50 osobników. Wiosną i latem zwierzęta te przemieszczają się daleko na północ (wody wokół północnej Alaski, Morze Beringa, Morze Beauforta), wykorzystując szczeliny w pękającym lodzie, natomiast zimą migruje na północny Atlantyk i na Morze Czukockie. Prawdopodobnie umie ocenić przy pomocy dźwięku grubość i jakość lodu (echolokacja) i wyłamuje otwory w pokrywie lodowej (można prześledzić ich trasy po wybrzuszeniach pokrywy lodowej); zaobserwowano, że potrafi pokonać lód grubości nawet 0,6 m. Pływa powoli (5-8 km/godz) i dlatego jest łatwym łupem Inuitów, którzy chętnie polują na ten gatunek.

Ciężko mi zrobić jakiekolwiek zdjęcia, mój kajak podczas nie wiosłowania z automatu obraca się wokół własnej osi. Pływam bez steru w ramach redukcji sprzętu. Wieloryba złapałem jednak raz na kamerce, z nieco dalszej odległości. Nie jest to może ujęcie, które znajdziemy na broszurach zachęcających do wypraw na wieloryby, ale mój whale-watching był jedyny w swoim rodzaju 😉 W dodatku nie wspierany echo sondą, jak większość statków wycieczkowych. Wieloryby pływają w zatoczce nieopodal Rodebay. W pewnym momencie tuż przed kajakiem pływa stado fok. Co za dzień! Kto tu jeszcze pływa? Nessi? 🙂

Powoli się przejaśnia, wiatr nie jest porywisty, ale jednak wiejący prosto w dziób. Przede mną długa, ponad 10-kilometrowa “przebitka” na południowo-zachodni brzeg Avre-Prinsens Ejland. Kto pływał kajakiem po morzu wie, że dość zdradliwa jest odległość do widocznego w oddali lądu. Niekiedy wydaje się, że jesteś już naprawdę blisko, a jeszcze dajmy na to 2-godziny wiosłowania przed Tobą. Wielkie ukłony dla pana Aleksandra Doby, za płynięcie przez 2 miesiące bez jakichkolwiek punktów orientacyjnych (poza nawigacją ).

Dopływam w końcu do brzegu. Czas na odpoczynek na kamiennej twarzy i podsuszenie rzeczy. Pożywiam się liofilizatem, które zazwyczaj wzbogacałem dodatkowo ryżem/makaronem. Jeśli świeciło słońce, a było go sporo w kolejnych dniach, po posiłku przez około godzinę wylegiwałem się w śpiworze na kamieniach. Nigdy bym nie pomyślał, że po powrocie do domu troche będzie mi tego brakować…

Po południu płynę jeszcze dwie godziny. Tego dnia zrobiłem ponad 37 kilometrów, w tym typowy odcinek morski. Dopływam do miejsca, które kiedyś było mini-osadą. Świadczyły o tym ziemne fundamenty pod potencjalne zabudowania. Na mapie niestety to miejsce nie ma sprecyzowanej nazwy.

Z góry widać “fundamenty”. W jednym z nich rozbijam swojego żółtego szerszenia. Miejsce idealne, dookoła hula wiatr, a więc nie ma insektów, a sama podstawa namiotu idealnie osłonięta.Nie mam zbyt wiele wody, ale po chwili dochodzę do wniosku, że zamiast szlajać się po okolicznych zboczach, lepiej odzyskać ją z gór lodowych 🙂

Mapka dnia 3-ciego:

Dzień 4:

Codziennie wieczorem staram się tak wszystko ogarnąć, aby zjeść śniadanie bez wychodzenia ze śpiwora. Noce były zimne, ale nie przeszywająco zimne – w okolicach 0 stopni.

Zaczynam płynąć ok.8.30, od początku mocno pod wiatr i z coraz większymi falami. Po 2,5 godzinach robię sobie przerwę w pierwszej lepsze zatoczce dostępnej na pit-stop. Miłą niespodzianką jest strumyk ze słodką wodą. Piję pod korek.

Każdego dnia podziwiam najróżniejsze góry lodowe. Na kolana powala ich kolor oraz najróżniejsze kształty. Przepływając bliżej tych mniejszych dopiero tak naprawdę widać ile znajduje się pod, a ile nad wodą.

Od opuszczenia zatoczki za Rodebay przez prawie 4 dni nie widzę człowieka z bliska. Owszem, w oddali pływają łodzie, ale nikogo innego nie stwierdzam. A już na pewno nie kajakarzy.

Około południa jestem z powrotem w kajaku. Fale jednak powalają. Przebijają się przez dziób i dostaję kilka soczystych lodowych bomb na twarz. I tak raz za razem. O żadnych zdjęciach ani filmach w takich warunkach nie ma mowy. Jedyną opcją aby uniknąć wywrotki jest utrzymywanie kajaka na wprost fali. Fala od boku grozi wywrotką. Na wodzie widać białe grzywy. Po kolejnych dwóch godzinach przybijam do pierwszej lepszej zatoczki. Rozwieszam mokre rzeczy, a sam wskakuje do śpiwora. Zasypiam. Gdy się budze, woda lekko podmywa kajak i jej poziom stale się podnosi. Do końca dnia wiatr nie ustaje, a nawet się wzmaga. Mam ze sobą zapas wody, a więc decyduje się na nocleg w tym miejscu. Dla pewności namiot rozkładam wysoko na skałach.

Mimo restrykcji podczas pakowania, pozwalam sobie na jedno dobro luksusowe i jest nim książka. Nie lubię e-booków, ani audiobooków i na tej płaszczyźnie wybieram old-school. I tak oto tym razem na Grenlandii towarzyszyła mi książka Laury Hillenbrand i niesamowita historia Louie Zamperiniego – “Niezłomny”. Książkę zostawiłem w hostelu w Ilulissat, z kolei “Zew Natury” jest w jednej z chatek na trasie Arctic Circle Trail (Lake House – dzień 6).

Poza wiatrem nie mogę narzekać, gdyż cały czas towarzyszy mi słońce.Po cichu jednak liczę na lżejszy wiatr następnego dnia.

Dzień 5:

O dziwo wysypiam się na kamieniach. Startuję o 8 i tradycyjnie podziwiam nowe góry lodowe.

Za górę lodową uważa się zwartą bryłę lodu o dowolonym kształcie, odłamaną od lodowca. westającą co najmniej 5 metrów ponad lustro wody i o powierzchni pprzekraczającej 300 m2. Mniejsze bryły lodu lodowcowego to odłamy gór lodowych.

Niestety płynę tylko godzinę. Jestem w najbardziej otwartej przestrzeni pomiędzy Avre Prinsens Ejland, Zatoką Disko, a Półwyspem Nussuaq. Wiatr, który chyba tu zawsze wieje od dziobu rzuca kajakiem na prawo i lewo. Z początku pod nosem, a z czasem na pełny regulator lecą nieparlamentarne słowa pod adresem wiatru, siebie oraz całego pomysłu przemierzania dmuchanym kajakiem Grenlandii.

Bardzo duże fale sprawiają, że przed 10 ponownie jestem na brzegu. Wizja dalszego wiosłowania w takich warunkach nie widzi mi się trochę. Kontempluję w śpiworze, czekając aż przeschną rzeczy oraz kajak. Podejmuje decyzję, skoro nie mogę płynąć mogę przecież iść. Wprawdzie w totalnie nieznanym terenie i totalnie bez żadnego szlaku, ale nie chciałem stracić całego dnia. Na drugie śniadanie wjeżdza liofilizat.

Na plecach mam około 37-40 kg. Wiosła mi służą jako kije trekkingowe. Idę bardzo powoli, często zrzucam plecak by sprawdzić co znajduje się za wzniesieniem. Największą przeszkodą dla mnie są spore kaniony przecinające wzgórza. Gdy idę po płaskim, plecak, który wynosi prawie połowę mojej obecnej wagi nie stanowi aż tak dużego problemu. Najgorzej jest pośród wielkich głazów, większych wzniesień oraz wspominanych kanionów. Idę bardzo powoli przez 5 godzin. Przechodzę może ponad 5 km. Cały dzień mocno wieje, ale też świeci słońce.

Jak powszechnie wiadomo, na Grenlandię jako pierwszy przybył banita Eryk Rudy, który chyba jako pierwszy posłużył się trollingiem, wieki zanim to stało się powszechnie modne w internecie. Lodową krainę nazwał “zielonym lądem”, by przyciągnąć potencjalnych nowych mieszkańców. Islandzkie sagi podają jednak w wątpliwość, czy to Eryk jako pierwszy przybył na Grenlandię.

Choć historycznie uznaje się, że to Eryk Rudy jako pierwszy odkrył Grenlandię, to islandzkie sagi sugerują, że był przed nim ktoś inny. Według tradycji miał to być Gunnbjörn Ulfsson, który jako pierwszy ujrzał nowy ląd, sto lat przed Erykiem, gdy silne wiatry zniosły jego statek z kursu. Nieznaną ziemię nazwał Gunnbjarnarsker. Jednakże to przypadkowe odkrycie spowodowało, że przeszło ono bez większego echa. Po Gunnbjörnie na Grenlandię udał się również Snaebjörn Galti, który według ówczesnych źródeł podjął się pierwszej, ale bezskutecznej próby jej kolonizacji. Pierwszym europejskim osadnikiem był natomiast Eryk Rudy.

Po wygnaniu z Islandii postanowił odszukać ląd wspomniany przez Ulfssona. W tym kontekście, kiedy około 982 roku wypływał w kierunku Grenlandii, była to ziemia nieco tajemnicza i mało znana. Po dotarciu do wyspy opłynął jej południowe brzegi (znane później pod nazwą Cape Farewell) i skierował się wzdłuż zachodniego wybrzeża. W końcu dotarł w okolice, których większą część pokrywał lód. Według Sagi o Eryku Rudym spędził tam trzy lata na badaniach. Pierwszą zimę spędził na wyspie Eiriksey, drugą w Eiriksholmar (niedaleko Hvarfsgnipa), a ostatnie lato poświęcił na eksploracje dalekiej północy (Snaefell i Hrafnsfjord).

Kiedy trzyletnie wygnanie dobiegło końca Eryk powrócił na Islandię, gdzie opowiedział o swojej podróży. Nową ziemię nazwał „Grenlandią” (czyli zieloną ziemią), żeby przyciągnąć do niej potencjalnych osadników. Wyjaśnił, że ludzie będą bardziej skłonni się tam osiedlić, jeżeli jej nazwa będzie zachęcająca. Po przezimowaniu na Islandii, zebrał dużą grupę kolonistów i na czele 25 statków wyruszył na Grenlandię, z czego tylko 14 dotarło do celu, 11 zawróciło, a reszta zaginęła na morzu.

Na południowym-zachodzie wyspy założył dwie kolonię: Osiedle Wschodnie oraz Zachodnie. Powstało też Osiedle Środkowe, ale przypuszczalnie było ono częścią zachodniej osady.

Ostatecznie docieram tego dnia do zatoczki, w której rozbijam namiot. Negatywnym aspektem Grenlandii jest spora ilość różnej maści śmieci pozostawionej przy brzegach. Nie jest ich nie wiadomo ile, ale jednak nieco szpeci ten piękny krajobraz (np. puste zbiorniki po paliwie). Zbieram jagody i wcinam je z ryżem. Smaczne, chociaż bardziej marzę o schabowym

Zasypiam, licząc iż jutro zelżeje wiatr. Jak się okaże, kolejnego dnia uda mi się dopłynąć do opuszczonej osady Ritenbenk.

Mapka dnia 5-tego – przepływam ok. 1 km oraz przechodzę z plecakiem kolejne 3,5

Dzień 6.

Po porannych rytuałach, z nowymi nadziejami i całkiem przyzwoitą pogodą z samego rana jestem w kajaku. Wiatr znacznie lżejszy niż zeszłego dnia.

Przez 3 godziny bez przerwy wiosłuję jak szatan i daję z siebie wszystko. Jestem w najbardziej odsłoniętym kawałku trasy. Patrząc po skałach przy których płynę, cieszę się jednak, że nie idę tamtędy mając kajak oraz cały ekwipunek na plecach. W pewnym momencie znajduje się w miejscu osłaniającym mnie od wiatru. Wiatr powoli, ale się wzmagał wraz z kolejnymi godzinami, fale mam już jednak z tyłu, a więc pozostaje je tylko umiejętnie wykorzystać.

Z każdym dniem coraz bardziej czuje barki oraz plecy. W sumie kajakowanie to niezła ogólnorozwojówka, pracują praktycznie wszystkie partie poza nogami, no ale i te uwzględniłem dzień wcześniej.

Około godziny 13 dopływam do Ritenbenk/Agpat – obie nazwy funkcjonują na Grenlandii. Osada została założona w 1781 jako duńska kolonia i w tamtym okresie była większa od Ilulissat (!), stanowiła największe skupisko ludności w całej zatoce Disko. Ritenbenk funkcjonowało głównie jako baza wypadowa do polowań na wieloryby, a w późniejszym okresie do połowów halibuta.

Gdy schodzę na ląd, początkowo nie widzę żywej duszy, ale z czasem moim oczom ukazuje się jedna motorówka. Kieruje się w kierunku zabudowań. Na wyspie jak się okazuje pomieszkuje troje ludzi. Zapraszają do środka i częstują herbatą. Wprawdzie bardzo łamaną angielszczyzną i moim bardzo szczątkowym grenlandzkim jakoś się dogadujemy 🙂

Pytam czy na wysepce jest sygnał telefonu – odpowiadają, iż w jednym miejscu czasami łapie się jedną kreskę sygnału. Co więcej, idą ze mną prawie 2 km w jedną stronę i pokazują gdzie dokładnie jest to miejsce. Wchodzę na kopiec z kamieni i łapie jedną kreskę sygnału. Po raz pierwszy od opuszczenia Ilulissat dzwonię do domu i gadam przez chwilę – m.in. dowiaduje się o złocie i rekordzie świata Anity Włodarczyk na Igrzyskach w Rio.

Wracam do suszącego się kajaku i rzeczy oraz biorę aparat. Obchodzę całą okolicę. Obecnie w Ritenbenk znajduje się znacznie więcej martwych niż żywych. Cmentarzysko wraz z lepiej i gorzej zachowanymi grobami robi spore wrażenie.

Ritenbenk zostało oficjalnie opuszczone w 1960 roku, głównie przez restrykcje prawne dotyczące połowów halibuta. W kolejnych latach dzieciaki z Ilulissat przybywały tu na letnią szkołę. Ich malunki na ścianach wciąż zdobią w szczególności jeden z budynków.

Budynek w tle na zdjęciu poniżej, zrobiony z kamienia, jest jednym z największych budowli tego typu w środkowej i północnej Grenlandii. W środku znalazłem stare sanie, pod które niegdyś podpinano psi zaprzęg.

Rozważałem pozostanie na dzień w Ritenbenk, niemniej jednak pogoda była cudowna i zdecydowałem się płynąć dalej.Dzięki ludziom na poniższym zdjęciu udało mi się uspokoić nieco najbliższych i dać im znać o moim położeniu i dalszych planach. Jeden z nich (na zdjęciu po mojej prawej) przepłynął kilka lat temu z Sisimiut do Ilulissat kajakiem(!).Jest jednak pod sporym wrażeniem mojego dmuchańca i odległości jaką już udało mi się pokonać z Ilulissat.

Troche przykro patrzeć, że miejsce takie jak Ritenbenk, spory skrawek dziedzictwa Grenlandii ulega stopniowej degradacji. Niestety nie ma pieniędzy na renowacje opuszczonych budynków, a szkoda, bo teren mógłby śmiało zostać wpisany na listę UNESCO. Może kiedyś…

Moi nowi znajomi wypływają na popołudniowy połów halibuta, a ja płynę dalej jeszcze trzy godziny. Po raz pierwszy znajduje się w paku lodowym i ostrożnie muszę szukać tuneli, aby nie uszkodzić kajaka.

Dopływam do zatoczki, gdzie tradycyjnie w doborowym sąsiedztwie gór lodowych rozbijam namiot. Wieczorem herbatka z odłamów jednej z nich, książka do snu i tyle na dziś. To był naprawdę dobry i niezapomniany dzień! Przepływam 24 km.

Dzień 7.

Niezmiennie towarzyszy mi słoneczna pogoda. I tak też było tego dnia. Z rana w godzinę pokonuję 5-kilometrowy odcinek przez Zatokę Langebugt. Przez tydzień zdążyłem się przyzwyczaić do co rusz pękających gór lodowych. Wciąż mnie jednak zadziwiają.

Po około trzech godzinach robię tradycyjną już przerwę na posiłek, odpoczynek i suszenie kajaka. Z Polski wziąłem ze sobą naszą piękną flagę. W planie miałem wejście na jedną z gór lodowych jako mój mały biegun i zaznaczenie swojej obecności. W końcu na 99,99%, a nawet więcej nikt na niej nigdy nie był i nie będzie tak długo jak tylko trwa jej żywot. Stwierdziłem jednak, że o ile może to być dość efektowne, to równie niebezpieczne, z uwagi na podatność gór lodowych na obracanie się wokół własnej osi i pękanie. Pamiątkowe zdjęcie jednak zrobiłem. Na brzegu.

Mając silny wiatr z tyłu przepływam zatoczkę Smallesund. Lada moment znajduje się w najwęższym miejscu podczas całej wyprawy – Anitdlagia. Przewężenie ma ok 20 metrów.

Czas skręcić w prawo i powoli zataczać krąg wokół Avre Prinsens Ejland. Płynę przez kilka kolejnych godzin w lagunie lodowcowej przypominającej islandzki Jokulsalron. Woda jest tu stale wzbogacana kolejnymi odłamami z 3 lodowców, w tym z tego najbardziej spektakularnego – Eqi Sermia.

Dopada mnie zmęczenie, a przez wiele kilometrów nie ma choćby skrawka płaskiego lądu. Pod wieczór jednak takowe znajduje, vis a vis spektakularnej wyspy Qeqertakvsak. Miłym akcentem jest płynąca ze skał rzeczka Ulussat.

Jest dość ciepły wieczór i przez ponad godzinę czytam książkę poza namiotem. Po tygodniu w samotności coraz więcej gór lodowych zaczyna przypominać żeńskie narządy płciowe tudzież inne atrybuty płci pięknej…

Dzień 8.

Śpię chwilę dłużej niż zwykle i w kajaku jestem o 9.30.Znajduje się już na spokojnych wodach, z tego co się dowiedziałem przed wylotem z Polski,w samej Ataa można wypożyczyć kajaki i poruszać się po osłoniętych zewsząd wodach.Tego też dnia spotykam jedynych kajakarzy (z Niemiec) podczas całej wyprawy.

Od samego początku muszę poruszać się b.ostrożnie i co rusz szukać lodowych tuneli, aby nie uszkodzić żółtego szerszenia.A widoki, ehh… 🙂

Czuję, że schudłem, mimo iż pochłaniałem spore ilości jedzenia, np. podczas jednej przerwy wraz z wypiciem butelki wody dochodziły 4 snickersy. Generalnie po Norwegii i Grenlandii, w ciągu miesiąca z 84 na 77 kg. Wiosłuje się przyjemnie, zero fal, a jeśli wiaterek, to lekki z tyłu. Co jakiś czas przepływają nieopodal mnie motorówki, za KAŻDYM razem zwalniając, by nie wytworzyć fal oraz pozdrawiając.

Tego dnia (18-stego sierpnia) jest wyjątkowo ciepło, w planie mam dopłynąć do Ataa, kolejnej opuszczonej osady, dokładnie w 1960 roku, ale obecnie funkcjonującej jako Summer Camp. Wiedzie do niej nawet ścieżka z Ritenbenk, w którym gościłem dwa dni wcześniej. Powoli zataczam krąg swojej kajakowej wyprawy, po przepłynięciu 28,5 km, jestem już tylko 65 km na północ od Ilulissat.

Około godziny 18 dopływam do Ataa, gdzie nie widzę żywej duszy. Nie ma nikogo poza mną, a wszystkie domki poza jednym otwarte. Nad najlepiej zachowanym domkiem wakacyjnym powiewa flaga Grenlandii, którą miałem w planie na tej jeden dzień zamienić na Polską. Po godzinie przypływa jednak motorówka z trzema osobami (mężczyzna i dwie kobiety).Btw, już któryś raz spotykam się z sytuacji, że Grenlandczycy podróżują w trójkątach…

Jak się okazuje, owy Pan jest osobą doglądająca Ataa podczas krótkiego sezonu letniego. Na co dzień poluje, tego dnia z łodzi którą przypłynął wyjął kilka dorodnych ptaszorów.

Pyta się mnie, czy zostaje na noc. Po odpowiedzi twierdzącej informuje mnie, że mogę rozbić namiot. Po przejrzeniu większości zabudowań, po cichu liczyłem na nocleg pod dachem. A więc zapytałem:

How about the houses? Maybe I can sleep in one of them?

Houses are for tourist. You can pay and sleep of course.

chwila miliczenia

But you are not a tourist, you are a traveller, I like you travellers 🙂 You can sleep in yellow house, for free, of course.

I tak oto, przypadł mi nocleg w poniższym apartamencie. Impreza w środku pełną gębą 🙂

W środku było pozostawionych kilka zupek chińskich, częstuje się jedną. Uczta dwudaniowa, bo na drugie tradycyjnie liofilizat, tym razem z dostępnym w domku pieprzem i solą. Jest też m.in. cukier, a więc herbata lepiej smakuje. Jednym słowem – szaleństwo. Były też resztki gazu w pozostawionych kartuszach. Podgrzewam sobie nieco wody i po 8 dniach robię sobie SPA w pełnej rozciągłości, czyli w tym przypadku myję włosy we względnie ciepłej wodzie.

Miejscowość Ataa w latach swojej “świetności” zamieszkiwało prawie 100 osób. I było to 1900 roku.15 lat później było już ich tylko 59. Większość zajmowała się polowaniem na foki i lisy polarne oraz rybołóstwem. Była tu nawet szkoła, wybudowana w 1915 roku. Podobnie jak obecnie w Ritenbenk, na ziemiach Ataa znajduje się więcej martwych niż żywych…

W Ataa pochowany jest m.in. Niels Christian Gundel (urodzony 21.września 1818, zmarł 25.marca, 1891), który zarządzał tu stacją wielorybniczą przez 39 lat. Czterokrotnie się żenił oraz miał dziewiętnaścioro dzieci. Znalazłem też grób jednego z jego synów (?) – jest na zdjęciu powyżej – Johan Gundel.

Obecnie w Ataa znajdują się 4 nieźle zachowane budynki i drugie tyle znajdujące się w stanie postępującego rozkładu. Miejscowy gospodarz powiedział mi, że z roku na rok coraz mniej ludzi tu przybywa i tym bardziej cieszy go mój widok, mimo iż nie jestem paying customer.

Domki dostępne dla turystów są w bardzo przyzwoitym standardzie, z ciepłą wodą, ogrzewaniem oraz kuchnią. Dostępne od czerwca do pierwszych dni września. Poza sezonem Ataa jest całkowicie opuszczona. Gdy przybywają turyści łodzią z Ilulisat, otwierana jest restauracja, z serwowanymi miejscowymi przysmakami: grillowanym pstrągiem łapanym w rzece zasilającej Ataa w słodką wodę, zupą z foczego z mięsa, pieczonym wielorybem z pomidorami, grenlandzkimi mulami oraz łososiem.

Spędzam piękny wieczór, słuchając muzyki i patrząc cały czas na góry lodowe. Nie ma internetu, nie ma zasięgu i właściwie nie ma żadnych zmartwień. Poza lekko uszkodzonym na kamieniach kajakiem. Jak się jednak okazało, był to mój ostatni dzień wiosłowania na Grenlandii.

Dzień 9.

W domku na materacu śpi mi się wspaniale i pozwalam sobie na poranek bez najmniejszego pośpiechu. Spaceruje wokół osady, a nawet po 9 dniach dane mi jest skorzystać z miejscowej latryny. Z niej też pochodzi poniższe zdjęcie 🙂

Przypływają wspomnieni kajakarze z Niemiec. Od 9 dni poruszali się po wodach Ataa Sund. Ich wypożyczone kajaki, jak i cały sprzęt wygląda bardzo profesjonalnie. Lekko przecierają oczy widząc mój kajak i słysząc o pokonanej trasie wokół Wyspy Korony Królewskiej (Avre Prinsens Ejland).

Targały mną sprzeczne emocje.Z jednej strony chciałem popłynąć do Port Victor i zobaczyć z bliska lodowiec Eqi Sermia.Z drugiej strony na jednym z kamieni z dna kajaka urwała się zaślepka, przez która niestety dość szybko kajak nabierał wody. O ile miałem zestaw naprawczy, to raczej jego efekt byłby wielce daleki w przypadku reperowania owej zaślepki. Do Port Victor było 25 km, czyli pełny dzień wiosłowania, w tym trawers zatoki.

Kajakarze z Niemiec poinformowali, że pak lodowy wokół Port Victor uniemożliwia tam wpłynięcie mniejszym łodziom, kajakom, a co dopiero kajakowi pneumatycznemu. Okej, odpuszczam. Tylko co teraz. Przed wyprawą za sprawą dość dużej promocji, jak na Air Greenland dodatkowo kupiłem sobie bilet na lot powrotny helikopterem z Uummannaq do Ilulissat, licząc że gdzieś na trasie uda mi się znaleźć kogoś, kto może mnie tam zabrać. To się nie udało. Wracając jednak szybciej do Ilulissat miałem jeszcze szansę na znalezienie kogoś na miejscu bądź wykupienie lotu na szybko. Od gospodarza Ataa dowiedziałem się, że około 13.00 przypływa łódź turystyczna na lunch w Ataa i jeśli będzie miejsce, mogą mieć zabrać do Ilulissat. Na wszelki wypadek pakuje cały swój ekwipunek.

Jak się okazuje, za 500DK mogę popłynąć do Ilulissat (normalna cena 1950 DK w obie strony).Korzystam z niej. Łodzią, którą widać na poniższym zdjęciu wracam do Ilulissat, nieco szybciej niż kajakiem…

Łódź jest pełna kilkunastu turystów w średnio-starszym wieku. Wszyscy bardzo sympatyczni, z dużymi lustrzankami i ewidentnie nie narzekający na finanse. W ciągu półtorej godziny jestem z powrotem w Ilulissat. W hostelu pytam się o możliwie wolne miejsce i takowe się dla mnie znajduje. Dzwonię do domu informując, że żyje, lecz uprzedzam, że nieco mniej obywatela wróci do kraju. Hostel w Ilulissat jest najtańszą możliwą opcją spędzenia noclegu pod dachem. Ja nie jestem wymagający i mi on odpowiada, lecz trzeba przyznać, iż prawie wyłącznie rano znajduje się tam ktoś z obsługi. Plusem hostelu jest pozostawianie prowiantu przez wkrótce wybywających.

Na spokojnie mogłem wyprać ubrania, które były w całości w wodzie morskiej. Udaje się też na spacer w celu wypytania o ewentualne możliwości transportu do Uummannaq. W pubie korzystam z internetu i oglądam wraz z Grenlandczykami jeden z meczów Duńczyków w piłkę ręczną podczas IO w Rio (nie półfinał z Polską).

Wieczorem na miejscowym “stadionie” odbywa się mecz. Oglądam go w całości. Szczerze życzę, aby niepodległościowe zapędy Grenlandii w pierwszej kolejności spowodowały ich pragnienia o dołączeniu do UEFA. Fakt, że terytorialnie Grenlandia należy do Ameryki Północnej, ale oficjalnie wciąż podlega rządowi duńskiemu. Co by jednak nie było w starszej i młodszej młodzieży z Ilulissat widać było duży potencjał i zaangażowanie. Szczerze życzę im w przeciągu 20 lat powtórzenia sukcesu Islandczyków na ME we Francji.

Dni 10-12.

Od rana chodzę po mieście w poszukiwaniu opcji ewentualnego transportu do Uummannaq. Żadne łodzie turystyczne, ani pasażerskie tam nie pływają, wszystkie kończą swój rejs na Ilulissat. Przechadzam się też po porcie i pytam paru osób czy może znają kogoś, kto płynie do tego miasteczka. (ok. 10h w jedną stronę motorówką przy dobrej pogodzie). Bezskutecznie.

W internecie sprawdzam, iż lotów już nie ma. Niemniej jednak jedna osoba z Air Zafari jest święcie przekonana, iż jest jedno miejsce na lot do Qaarsut, które znajduje się blisko Uummannaq. Qaarsut to swego rodzaju łącznik pomiędzy Upernavik, Ilulissat oraz Uummannaq. Dzwonię do Air Greenland, gdzie informują mnie, iż jedno miejsce na lot za … półtorej godziny. Nic to, raz się żyje, szybko się pakuje i biorę taksówkę na lotnisko. Na miejscu dowiaduje się, iż lot jest opóźniony, ale szans na miejsce dla mnie praktycznie nie ma. A jeśli jest, to z małym bagażem podręcznym. Mój kajak z wiosłami nie mieścił się w żadnej ze skrytek lotniskowych, a nie chciałem ukrywać kajaka, który ma dla mnie szczególną wartość gdzieś wokół lotniska, licząc może ktoś go nie znajdzie.

Definitywnie odpuszczam Uummannaq. Wracam do hostelu, za który zresztą miałem opłaconą noc. Na mieście porozwieszane są plakaty zapowiadające imprezę wieńczącą koniec lata – Ilulissat Multi Arena.Z tej okazji zaopatruję się w nieco mocniejszy trunek i czekam na trzy koncerty mające odbyć się w Ilulissat Hallen,czyli miejscowym domu kultury i centrum rozrywki.
Koncerty zaczynają się późno, od 22.Początkowo na hali znajduje się mniej niż 10 osób, ale w ciągu dwóch godzin sala zapełnia się całkowicie. To nie lada wydarzenie dla 5-tysięcznego miasteczka leżącego 250 km na północ od koło podbiegunowego. Niezmiernie żałuję, że na koncert nie wziąłem kamerki ani aparatu. W internecie nie mogę znaleźć najmniejszej wzmianki o koncercie, a z drugiej strony może i dobrze, w dobie wydarzeń przesiąkniętej wszem i wobec ludźmi z permanentnym nagrywaniem koncertów na komórkach.

Koncerty są świetne, wszystkie w rodzimym języku, w szczególności urzekł mnie trzeci zespół grający coś a la rock alternatywny ze świetnym perkusistą, trzema gitarami i damskim wokalem. Wraz z poznanymi ludźmi z hostelu zostajemy do 2 w nocy.

Kolejny dzień jest jedynym, w którym padał deszcz. Jeszcze raz odwiedzam muzeum Knuta Rasmusena, a w dalszej części dnia kończę książkę i pozostawiam ją na półce w hostelu.

Nazajutrz miałem w planie odbyć trekking po szlaku, dla którego przybywają do Ilulissat turyści. Jest trasa wzdłuż fiordu, pod czoło lodowca.

Fiord ten ma ok. 40 km długości, 7 km szerokości i do 1200 m głębokości. U jego nasady leży Sermeq Kujalleq (Jakobshavn Isbræ) – najszybciej przesuwający się lodowiec świata. Przemieszcza się on w tempie do 19 m dziennie w kierunku zachodnim. Odłamują się od niego przy tym ogromne góry lodowe, mogące mieć do kilku kilometrów długości i do kilometra wysokości. Wystają na 150 m ponad powierzchnię wody. Wraz z pływami morskimi przesuwają się one wzdłuż fiordu, aż trafią na wypiętrzenie dna u wylotu fiordu o głębokości ok. 300 m. Większe góry lodowe zatrzymują się w tym miejscu, co powoduje gromadzenie się lodu. W 2004 roku fiord wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Trasa ma 3 warianty, w tym najdłuższy 7-kilometrowy. W większości łatwy i przyjemny, a w pierwszej części dostępne nawet dla turystów na wózkach inwalidzkich. W tym też fragmencie trasy znajduje się też najwięcej Azjatów z lustrzankami.

Pod czołem lodowca znajdowała się kiedyś prehistoryczna osada Sermermiut.

Odkryto tam ślady bytności ludzkiej poczynając od kultury Saqqaq (2400–900 p.n.e.) przez Dorset (800–100 p.n.e.) po kulturę Thule (od 1200 p.n.e.). Ostatni mieszkańcy Sermemiut przeprowadzili się do Ilulissat w 1850 r. W okolicy znaleziono ślady innych, mniejszych osad, w których jak dotąd nie przeprowadzono jeszcze badań archeologicznych.

Przy jednym ze szlaków ponoć można znaleźć kości Inuitów i takie możliwości oferuje World of Greenland przy zakupie wycieczki zorganizowanej. Mi takowych nie udało się znaleźć, podziwiam Icefjord na własną rękę i jest mi z tym najlepiej. A jest na co patrzeć…

Pogoda fantastyczna, odczuwalne około 20 stopni. Lód co rusz pęka, ale do tego zdążyłem się już przyzwyczaić.

Ostatni dzień

Ostatni dzień to tradycyjnie kupienie paru pamiątek do domu. Przeszedłem się też po przedmieściach. Wokół Ilulissat pomieszkuje około 3500 psów rasy husky. Większość, czyli poza tymi najmniejszymi, jest oczywiście uwiązana do swoich bud. W lecie głównie wylegują się w słońcu, by w zimie tworzyć zaprzęg składający się z kilkunastu psiaków.

Mój lot był nazajutrz rano. Wieczór i noc planowałem spędzić rozbijając namiot tuż obok lotniska. Wcześniej dość szybko udaje mi się złapać stopa i nie dźwigam całego bagażu przez 3 km, które dzieli lotnisko od hostelu (taksówka 100DK).Ostatni wieczór nad fiordem to piękne zwieńczenie całej wyprawy z ulubioną muzyką w słuchawkach i podziwianiem zachodzącego słońca nad Zatoką Disko.

Plan powrotu:

 

W Ilulissat jest opcja wypożyczenia kajaków, spędzenia wieczoru z przewodnikiem pośród gór lodowych za kilkaset duńskich koron. W kayak clubie, który znajduje się w “centrum” jest opcja zaaranżowania nawet dłuższych wypraw dla zorganizowanych grup, z pełną logistyką. Abstrahując od cen, które za samą wycieczkę (nie uwzględniając lotów) wynoszą kilkanaście tysięcy złotych, jest jednak coś, co sprawia, iż taka zorganizowana wyprawa wcale mnie nie pociąga. Dla mnie kilkanaście osób to już mini-machina ekspedycyjna. Owszem, przewodnik pokaże kilka miejsc, których być może ja nie dostrzegłem, jakiś ptasi klif, ukryte skamieliny, a nawet pozostałości po osadach. Kajaki też byłyby lepsze, szybsze, a już na pewno bez uciekającego powietrza. Zorganizowana wyprawa zabija jednak dla mnie to co najpiękniejsze w wyprawach – indywidualną kreatywność i odkrywanie wszystkiego samemu dzień po dniu. Przygodę. Kiedy podróżuje się samotnie(lub w bardzo małych grupach) dostrzega się więcej, nie podąża się ślepo za przewodnikiem, jak dzieci we mgle.I jest się zdanym tylko na siebie. To właśnie sprawia mi największą przyjemność, każdy dzień to coś nowego, nieprawdopodobnego. Tak jak dla mnie ta cała wyprawa, począwszy od mgły w Ilulissat, wielorybów i fok, poprzez walkę z falami aż po dotarcie do Ritenbenk i dalej na spokojnych wodach do Ataa.

5 lat temu nigdy bym nie pomyślał, że będę pływał pośród gór lodowych, a już tym bardziej w dmuchanym kajaku…

* * *

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *