ZB-Szwoch.pl - Mój pamiętnik z wypraw

Witam w moim miejscu na świecie! Znajdziesz tu kilka spostrzeżeń, wspominek z wypraw i generalnie – mój punkt widzenia na podróże. Skoro już tu jesteś, to może akurat znajdziesz inspirację na swą własną :)

Wyspy Owcze

Archipelag pośrodku Atlantyku, swego rodzaju płaskowyż pomiędzy Wielką Brytanią, Szetlandami, Norwegią i Islandią. Kraina, którą zamieszkuje 50 tysięcy ludzi oraz 70 tysięcy owiec. Wyspy Owcze miałem okazję zobaczyć w 2012 roku, kiedy to prom Norrona, w drodze z duńskiego Hirhals do islandzkiego Seyðisfjörður, miał 6-godzinny postój w farerskiej stolicy – Thorshavn. Obiecałem sobie tam wrócić, ale zajęło mi to aż 7 lat…

Dzień 1: Sørvágsvatn

Na Faroje lecimy 25.lipca. Loty w dwie strony skandynawskim SAS-em z bardzo wygodną przesiadką w Kopenhadze. Dwa bagaże rejestrowane, z kajakiem na czele. Lądujemy około godziny 16, przed nami krótki, półgodzinny marsz na leżące niepodal lotniska, największe jezioro archipelagu – Sørvágsvatn. Jest mgliście, ale nie pada. W planie mamy przepłynąć połowę jeziora, dotrzeć na kemping w Giljanes, a po drodze kupić gaz do kuchenki.

Kajak wodujemy po półgodzinnym marszu przy mitycznym Nykurze. Wedle legendy, w pobliżu ludzi nykur zachowuje się jak zwykły koń. Jednak jakakolwiek próba pogłaskania go kończy się tragicznie. Ręka nieszczęśnika przykleja się do legendarnego konia, a nykur obiera najkrótszą drogę do wody, w której odmętach jego ofiarę czeka niechybna śmierć. Nykur pojawia się w rozlicznych farerskich przypowieściach, a nawet w nazwach jezior –Skælingsvatn w pobliżu Leynar nosi także nazwę Nykatjørn (staw Nykura). Istnieją opowieści o śmiałkach, którzy chcieli złapać mieszkańca Nykatjørn, ale zamiast nykura w sieciach znajdowali olbrzymiego pstrąga. [FarerskieKadry.pl]

Wiosłuję spokojnie, trzymając się zachodniego brzegu jeziora. Dobrze z powrotem być w kajaku, niemałym jednak wyzwaniem jest stosowne spakowanie się do niego, we dwie osoby, wraz z całym ekwipunkiem. Operacja jednak przerabiana już niejednokrotnie w przeszłości. Nykur pozostawia nas w stanie nienaruszonym, może wyczuł nasze przyjazne nastawienie. A może po prostu nas nie widział…

Jezioro opuszczamy tuż przed miasteczkiem Miðvágur. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności spotykamy człowieka, wypożyczającego kajaki na jeziorze. W sumie to mam sporo pytań, głównie o jego doświadczenia, o morskie jaskinie, dogodne miejsca do kajakowania, kempingowanie na dziko, które oficjalnie jest zabronione oraz wiele innych. Nasza pogawędka z przesympatycznym Farerczykiem trwa dobry kwadrans. Za jego pozwoleniem zostawiamy kajak, po który wracamy się nazajutrz i z lżejszym ekwipunkiem ruszamy na kemping w Giljanes. Po drodze, w supermarkecie, kupujemy gaz do kuchenki oraz tradycyjne dobra, które należą do tych tańszych, ale ważą swoje, więc bez sensu jest je kupować w Polsce – płatki owsiane, ryż oraz makaron.

Dzień 2: Sørvágur, Bøur, Drangarnir

Kemping w Giljanes, wraz z hostelem ma kilkadziesiąt miejsc noclegowych. Powierzchnią nie powala, zmieści się tu maksymalnie 20 namiotów, w sezonie cieszy się jednak sporym powodzeniem, głównie z uwagi na bliskość lotniska. Koszt rozbicia namiotu na noc dla 2 osób to 100 duńskich koron. Prysznic na monety, dodatkowo płatny. Niewątpliwym atutem jest przestronna kuchnia.

Nazajutrz drugiego dnia, ruszamy pieszo nad jezioro, z powrotem po kajak, po czym w ostatniej chwili udaje nam się złapać autobus do Sorvagur. To właśnie stąd startują rejsy łodziami do wyspy maskunurów – Mykines. My jednak mamy swoją własną łódź i plan ramowy uzależniony od warunków pogodowych.

Po porannych mgłach, niemrawo pojawia się słońce. Wiatr umiarkowany. Idziemy w kierunku portu i lokalizujemy możliwie najlepsze miejsce na wodowanie. W Sørvágur znajduje się rozległa, największa na Wyspach Owczych plaża. Poranny odpływ uniemożliwia jednak start prosto z niej. Na plaży będziemy za to kończyć dzisiejszą kajakową przeprawę. Płyniemy na zachód w stronę malowniczego miasteczka Bøur. W lini prostej to 4 km, drogą wodną – nieco więcej, z uwagi na trawers fiordu.

Bøur zamieszkuje raptem kilkadziesiąt osób. To malownicza wioska z kościołem, cmentarzem i kawiarnią funkcjonującą w sezonie. Robimy tu przerwę na drugie śniadanie i podjęcie dalszych decyzji. Wiatr się wzmógł, a im bliżej ujścia fiordu do oceanu, tym silniejsze prądy i wyższe fale. Płyniemy jednak dalej, w stronę formacji skalnej – Drangarnir.

Drangarnir i leżąca za nim wyspa – Tindhólmur powalają swoim majestatem. Podpływamy blisko, na kilkadziesiąt metrów przed skały. Oczywiście kusiło by być jeszcze bliżej, a najlepiej – przepłynąć pod Drangarnirem, ale doskonale widziałem, z jakim impetem rozbijały się tam fale. Nic na siłę. Próbujemy dobić do brzegu i zobaczyć skały z nieco innej perspektywy, ale nie znajdujemy na tyle dogodnego miejsca. Naszym oczom ukazuje się za to foka :).

A to nie koniec atrakcji. Z daleka widzimy pierwszą morską jaskinię, o których szczątkowo czytałem przed wyprawą na Faroje. Podpływamy bliżej. Kontrast barw wody, z kolorowymi ścianami wnętrza jaskini jest niesamowity. A samo wpłynięcie jest trochę jak podróż wagonikiem do domu strachów w wesołym miasteczku. Tu jednak trzeba było być ostrożnym, poza zachwytami, przelewająca się w środku jaskini woda, groziła wywrotką.

W świetnych nastrojach wracamy do Bøur. Czuję już trochę w rękach i plecach dzisiejsze wiosłowanie. Rozważamy powrót na stopa, ale po krótkiej drzemce przy punkcie widokowym, wracamy drogą morską do Sorvagur. Po drodze jeszcze pit – stop przy bezimiennym wodospadzie i prosta droga przez Sørvágsfjørður.

Na brzegu składamy ekwipunek i kierujemy się na przystanek autobusowy. Po godzinie czekania, wsiadamy w autobus i wracamy na kemping. Wraz ze słoneczną pogodą, jest szansa na podsuszenie kajaka. Po raz pierwszy z kempingu widzimy sąsiadujące wyspy: Koltur, Hestur i Sandoy. Piękny dzień! 🙂

Dzień 3: Oyragjogv – Slættanes

Wraz z dobrą prognozą pogody na najbliższe dni, decydujemy się na trekking z A hálsi do Slættanes i dalej przez jezioro Fjallavatn do Gasadalur. Na papierze około 30-40 kilometrów, w zależności od wariantu. Kajak i zbędny, na tę część wyprawy ekwipunek, zostawiamy na kempingu, by iść możliwie na lekko. Tuż za Sandavagur łapiemy stopa, a właściwie pewien miejscowy jegomość, zatrzymuje się przy nas bez żadnego nawoływania. 🙂

Namawia nas, by nie zaczynać z A hálsi, gdzie czeka nas wyłącznie przeprawa przez pastwiska, a zacząć z Oyragjogv, już przy samym fiordzie. Bez większych wątpliwości decydujemy się na tę opcję.

Zaczynamy więc bez szlaku i idziemy bez niego praktycznie cały dzień. Powoli uświadamiamy sobie, co to znaczy po farersku. Szlak może być w teorii, ale w praktyce równie dobrze może go nie być 🙂 Oznakowanie, a właściwie totalny brak pierwszej części do Slættanes działało jednak na wyobraźnie. Marsz bez szlaku bądź ścieżkami wytoczymi wyłącznie przez owce to piękna sprawa. Tak na marginesie, to na 1 barana na Wyspach, przypada 35 owiec. Ci to mają życie…

Dzięki dobrej pogodzie i mapie, jaką także mamy ze sobą, nawigacja nie jest aż taka trudna. Od miejscowego Farerczyka, który raczył nas podwieźć do Oyragjogv, dostajemy informację, że w okolicach Slættanes możemy spotkać pasterzy, zaganiających owce na strzyżenie. W razie czego, mamy przycupnąć i w spokoju czekać na rozwój wydarzeń, tak, by nie spłoszyć tych kudłatych stworzeń.

Po zielonych rubieżach wspinamy się przez większą część dnia. Raz w czas, przerwa na picie i uzupełnienie kalorii. Spostrzegamy akcje, o której nam wspominano i w bezruchu obserwujemy spektakl. Kilkaset owiec zaganianych przez pasterzy i psy. Wyższa szkoła jazdy z uwagi na zróżnicowanie terenu. Ale zapewne już nie raz przerabiane. Warto zwrócić uwagę, na niemalże idealne odstępy między ludźmi.

Dla pewności, pytam jednego z pasterzy, czy można już iść dalej . Dostajemy zielone światło. 🙂 Pogoda jest przepiękna, słońce i lekki wiatr. Nieco wcześniej naszym oczom ukazuje się leżące po drugiej stronie fiordu miasto Vestmanna, słynące z niesamowitych klifów. Zanim wybudowano podwodny tunel (jeden z dwóch na Owcach), jedynym dogodnym połączeniem z wyspy Vagar na Streymoy, była przeprawa promowa, mocno uzależniona od jakże zmiennych warunków atmosferycznych. Koszt przejazdu przez tunel wynosi 100 DKK. Płatne na stacjach benzynowych.

Z oddali widzimy Slættanes. W to miejsce, w 1835 roku, przybyła pewna rodzina. Pierwsze 5 lat spędzili zupełnie sami. Trochę ponad 100 lat później, wioska liczyła już 75 osób. Jednak, w 1964 roku, ostatni stali mieszkańcy opuścili wyizolowane Slættanes. Poza “szlakiem” pokonanym przez nas, niezmiennie dostępne jest wyłącznie drogą morską.

Tego dnia jednak, Slættanes tętniło życiem. Owce zagoniono do zagrody, gdzie ręcznie – nożycami, poddawane były strzyżeniu, a następnie z powrotem wypuszczane na pastwiska. Według gospodarza – 500 sztuk. W procederze uczęstniczyli wszyscy, od dzieciaków, po osoby mocniej szarpnięte zębem czasu. Zdziwieni byliśmy dobrym stanem zabudowań Slættanes. Po zgłębieniu tematu, na miejsce lub obok starych zabudowań, powstały nowe domki letniskowe, zasilane m.in energią z paneli słonecznych.

W nogach czujemy wyraźnie dzisiejszy dzień, więc decydujemy się na pozostanie w okolicy. Rozbijamy namiot i przy akompaniamencie świeżo przystrzyżonych owiec, delektujemy się wieczorem po przeciwnej stronie pionowych klifów i jaskiń leżących na zachód od Vestmanny.

Dzień 4: Slættanes – Fjallavatn – Gasadalur

Mamy iście majestatyczny poranek. Śniadanie eksperymentalne – płatki owsiane z budyniem. Z zupełnego przypadku, owe połączenie przetestowałem podczas czerwcowej wyprawy na Lofoty. Lepiej wchodzi niż goła owsianka, z którą już wielokrotnie się przepraszałem, ale odnoszę wrażenie, że to jeszcze nie koniec, jeśli chodzi o śniadaniowe szukanie złotego środka podczas podróży.

Ze Slættanes kierujemy się na Skoradalshálsur, początkowo owczym szlakiem, następnie dostrzegamy kamienne kopce. Teren dość wymagający trekkingowo. Poza nami, zarówno dzień wcześniej i w dniu opisywanym, nie spotykamy nikogo poza końcowym odcinkiem szlaku, przed samym Gasadalur.

Docieramy do przełęczy. Wedle przewodnika, to jedno z najpiękniejszych miejsc na wyspie Vagar. Wyspy Owcze są pogodowo znane z mgieł, opadów i wiatrów. Tego dnia, widoczność jest niesamowita, a temperatura w cieniu przekracza 20 stopni. W oddali doskonale widać kolejne klify wyspy Streymoy, aż po samo Saksun (choć tego nie jestem na 100% pewien :)).

Od tego momentu schodzimy doliną, wzdłuż rzeki Reipsy, aż do drugiego największego jeziora na Farojach – Fjallavatn.

Szlak się urywa, ale do tego zdążyliśmy już się przyzwyczaić. Podczas przerwy na drugie śniadanie, ochoczo kicają w niedalekiej odległości od nas, zające. 🙂 Ale raczej nieuchwytne dla aparatu. Przed nami nietrudne przejście przez rzekę Gullringsa, woda poniżej kolan. Kierujemy się na kolejną opuszczoną wioskę – Vikar, ale widzimy ją tylko z oddali. Pod nami kolejna piękna plaża północy.

Vikar założono w 1833 roku, a opuszczono 100 lat później. Jest jeszcze bardziej odizolowany niż Slættanes. Ale jeśli ktoś lubi samotność…:)

Czas na wspinaczkę wzdłuż wodospadu. Na szczęście, nie ma co narzekać na brak wody pitnej, jest ona dostępna na całej długości szlaku, z okolicznych strumieni. Idziemy przez Jokladalur i Kjogvdalur. Kolejne wymagające podejścia, ale to już jedne z ostatnich na ten dzień. Dochodzimy do Gresskaro, skąd widzimy Arnafjall – najwyższy szczyt wyspy Vagar.

Tu spotykamy jedynych piechurów, którzy udali się w ten piękny dzień na wędrówkę, ale tylko do przełęczy. Tak czy owak, nie mają czego żałować. Zaczynamy długie zejście, aż do samego Gasadalur.

Miasteczko jest osławione i w pakiecie z wodospadem spadającym wprost do oceanu, jest swoistą wizytówką Wysp Owczych. Zmęczeni zrzucamy z siebie plecaki i idziemy na punkt widokowy. Obecnie, po wydrążeniu tunelu w górze (w 2004 roku), wioska jest już łatwo dostępna. Do legendy należy szlak listonosza, który trzy razy w tygodniu, przez kilkadziesiąt lat(!), pokonywał górę pomiędzy Bour i Gasadalur, dostarczając pocztę oraz najnowsze wieści mieszkańcom tej wioski. Od 1983 roku, dolatywał tu także helikopter.

Co do samego Gasadalur, pogoda była piękna, więc spodziewałem się sporej ilości turystów. Nie było aż tak źle. Owszem, były (niestety) drony, selfie-sticki i instagramowe towarzystwo,ale śladowe ilości. Tak czy owak, byłem wniebowzięty szlakiem, który mieliśmy za sobą. Udaje nam się złapać stopa i dwie Francuzki zawożą nas pod sam kemping w Giljanes.

Dni 5-7: Ólavsøka!

Co roku, 29 lipca, w stolicy – Torshavn, Farerczycy celebrują ich narodowe święto – Ólavsøkę. Data nie jest przypadkowa, tego dnia, w 1030 roku, zginął w bitwie pod Stiklestad król Olaf, który “sprowadził” na Wyspy Owcze chrześcijaństwo.

O tym święcie oraz o bogactwie kulturowym i zażyłościach tutejszych mieszkańców, czytałem jeszcze przed przylotem na archipelag. Wraz z Agnieszką, stwierdziliśmy zgodnie, że grzechem byłoby opuścić takie wydarzenie.

Upałów (24,3 stopnia!) ciąg dalszy. Z kempingu zabieramy cały swój ekwipunek. Idziemy na przystanek, skąd autobus zabiera nas do stolicy. Przejazd z Giljanes do Torshavn trwa godzinę czasu. Na stołecznym kempingu tłok z wiadomej przyczyny. Nie mamy rezerwacji, no bo nie sądziłem, że takowa na namiot będzie potrzebna. Ostatecznie jednak znajduje się miejsce i dla nas.

Jest 28.lipca, tego dnia o 14.00 organizowana jest parada. Niezwłocznie więc kierujemy się na główny plac obchodów święta. Od początku w oczy rzucają się narodowe stroje, panie, niezależnie od wieku wygladają przecudownie. Suknie w pakiecie z gorsetem i ich (w większości) nordycką urodą tworzą wspaniały połączenie. U panów, mnie przynajmniej, rażą w oczy, podkolanówki, ale najwyraźniej tak właśnie nakazuje tradycja. Godna podziwu jest dbałość o szczegóły.

Urywki ze wspominanej parady możecie zobaczyć na sklejonym przeze mnie filmie. W poczecie idą sportowcy ze wszystkich klubów w Torshavn, niezależnie od dyscypliny. Piłkarze, wioślarze, siatkarki, dla każdego znalazło się miejsce. Są także członkowie rady miasta i jeźdźcy na koniach. Wszyscy cierpliwie ustawiają w wyznaczonym miejscu, przed budynkiem parlamentu i czekają na przemówienie premiera.

28 lipca jest dniem pół-pracującym dla Farerczyków, z kolei 29 lipca – główny dzień obchodów, jest wolny dla wszystkich.

Popołudniu odbywają się wyścigi wioślarskie, na które jednak wstęp jest płatny. Odpuszczamy. Spacerujemy po stolicy, kupujemy fish&chips, siadamy na trawce i cieszymy się życiem. 🙂

Nazajutrz z niecierpliwością czekamy na taniec korowodowy, o którym zdążyliśmy już nieco usłyszeć. Podczas tańca nie ma instrumentalnego akompaniamentu, wyłącznie śpiew i trzymanie się za ręce. Dwa kroki w prawo, jeden w lewo, każdy po chwili jest w stanie załapać. Ale wedle rozpiski, taniec miał rozpocząć się o pierwszej w nocy i trwać …. kolejne trzy godziny. Nie można było tego przegapić.

Ale to dopiero wieczorem, wcześniej dzień mija na wysłaniu kartek do najbliższych, przeglądzie zapasów oraz planach na kolejne dni. Z przyjemnością zagłębiam się też w lekturę – 81:1. Opowieści z Wysp Owczych. Tytuł nawiązuje to rekordowego zwycięstwa farerskich szczypiornistek w meczu z Albanią. Jak się jednak okazało, albańska federacja, na turniej organizowany na Bałkanach wysłała … koszykarki :).

29.lipca jest dniem spotkań, rozmów, wzajemnych pozdrowień na ulicy. Nie brakuje oczywiście alkoholu, ale skrajne wybryki wśród młodych niebiorących udziału w głównych obchodach, należą do marginesu. Jedna ze zwrotek Ormurinn Langi mówi o tym, że życie na morzu jest trudne, ale tak długo, jak na lądzie wszyscy będą trzymać się razem, tak długo wszystko będzie dobrze. Piosenka ma 86 zwrotek, doczekała się też metalowej wersji, dumnie śpiewana na festiwalach.

Wieczorem jest już chłodniej, ale tłum na ulicach gęstnieje. O północy zaczynają się huralne śpiewy, ballady, aż zaczyna się taniec. Początkowo wspinamy się jeden z masztów, by mieć dobre miejsce obserwacyjne. Następnie także dołączamy do tańca.

Czy usłyszycie naszą balladę,
czy uwierzycie w historię,
która Wam opowiem,
o Olafie Tryggvassonie.

Król na plaży wybudował statek, (Długa serpentyna)
najwspanialszy,
i największy statek,
kiedykolwiek wybudowany w Norwegii.

I tak dalej, jestem pozytywnie wstrząśnięty tańcem kilku tysięcy Farerczyków (przypominam, że na całym archipelagu, mieszka ich w sumie nieco ponad 50.000). Co za spektakl!

Kolejny dzień jest jedynym z niesprzyjającą pogodą. Aura dostosowała się chyba do faktu, iż wiele osób odsypiało całonocną imprezę. Robimy niewielkie zakupy w Bonusie (tak, ten sam, co na Islandii, czyli farerska biedronka, lecz w logo świniak :)) i czekamy na rozwój pogodowych wydarzeń. Rozważałem kajakowe opłynięcie stolicy, lecz widoczność na kilka metrów, a do tego wysokie fale. Przed nami jeszcze jedna noc na kempingu.

Dzień 8: Kollafjørður – Við Áir – Oyrarbakki

Rano mgliście, wietrznie, ale bez opadów i co najważniejsze, ma być tylko lepiej. Po śniadaniu idziemy na dworzec i ruszamy autobusem w kierunku nieodległego Kollafjørður. Pierwotny plan zakładał dopłynięcie tam z Torshavn, ale wymagałoby to na nas dość długi trawers fiordu przy silnym wietrze (około 5 w skali Beauforta) i na otwartej przestrzeni. Czekając na autobus, idziemy na spacer wokół stołecznych fortyfikacji. Nie miałem pojęcia, że abstrachując od bitew nordyckich, jednymi z pierwszych, którzy próbowali najechać Torshavn, byli tureccy piraci w XVII wieku…

Kollafjørður to najdłuższa, bo ciągnąca się aż przez 8 kilometrów, mieścina na Wyspach Owczych. Dwa sklepy na krzyż, kościół i urokliwy cmentarz. Co mi się podoba, po śmierci wszyscy są tu równi i nie ma rywalizacji w wysokości pomnika, jak to bywa w naszym kraju. Zresztą zaobserowałem to praktycznie wszędzie na północy…

Fale są wysokie, ale udaje się zlokalizować dogodne miejsce do wodowania, tuż za cyplem. Pompowanie sfatygowanego, ale dość mocno połatanego przed wyjazdem kajaka, i w drogę. Dzięki wiatrowi w plecy, pokonujemy 10 km w dwie godziny. To naprawdę dużo, jak na kajak pneumatyczny.

Ponownie widzimy foki i maskonury. Nieprawdopodobnie wyglądają zielone zbocza skąpane w słońcu, poprzecinane przez mniejsze lub większe strumyki. Najbliższy przystanek to opuszczona stacja wielorybnicza – Við Áir, w dosłownym tłumaczeniu – nad rzekami.

Stacja była jedną z siedmiu wybudowanych na Farojach. Funkcjonowała przez 81 lat, od 1905, do 1986 roku, z wyłączeniem II Wojny Światowej. W sumie złapano tu 4454 wieloryby.

Mięso porcjowano, a z tłuszczu do roku 1958 wytapiano wielorybi olej. W biednych rodzinach używano go dawniej do napełniania specjalnych lamp – jego silny nieprzyjemny zapach rekompensowała za pewne niska cena. Na przełomie XIX i XX wieku użycie znajdował w przemyśle jako najlepszy smar maszynowy. W USA aż do roku 1973 stosowano go w automatycznych skrzyniach biegów. Produkowano z niego także świece, maści, kremy, leki, kredki, a nawet atrament. [FarerskieKadry.pl]

W ostatnich latach, dołożono starań ku renowacji stacji i stworzenia przystępnej formy dla zwiedzających. Obecnie, jest tu kilka tabliczek informujących o poszczególnych budynkach (np. kuźnia), maszynach i codziennym życiu. Docelowo – muzeum przemysłu wielorybniczego. Z 214 stacji wybudowanych przez Norwegów na całym świecie, tylko ta przetrwała na północnej półkuli. Pozostałe dwie są odpowiednio: w Australii (Albany) oraz w Południowej Georgii (Grytviken).

Trawersujemy fiord i do końca dnia trzymamy się prawego brzegu. Wiatr zmienił się o 180 stopni. Ciężko o jakiekolwiek dogodne miejsce na nocleg. Kempingowanie na dziko jest oficjalnie zabronione. W dzień przylotu na Owce, zapytałem o zdanie miejscowego policjanta. Powiedział śmiało – znajdźcie ustronne, lekko schowane miejsce, zachowujcie się należycie, nie zostawiajcie śladów. I bawcie się dobrze. 🙂

Śpimy pod mostem w Oyrarbakki. Prawie 20 kilometrów przepłynięte tego dnia. Obiadokolacja na bazie liofów wzbogaconych o dodatkowy ryż/makaron, krótki spacer po okolicy i na wiele więcej sił już nie starczyło.

Strony: 1 2

* * *

5 odpowiedzi na “Wyspy Owcze”

  1. Paula (w opisie występuję jako P + K) pisze:

    I ja tam byłam, piwo ze Zbyszkiem piłam, kajakiem pływałam 😉 Świetny opis, mi zawsze brakuje samozaparcia, a dzięki Tobie jest szansa że nie zapomnę nazw tych wszystkich fantastycznych miejsc. Jeszcze raz dziękuję za maskonury i możliwość zobaczenia jaskini z wody!

  2. Grzesiek pisze:

    Fantastyczna wyprawa, do tego święto Olavsoka, o którym tyle słyszeliśmy od naszej wiekowej gospodyni w Thorshavn. Super!

  3. Suszek pisze:

    Gratuluję genialnej wyprawy!
    Nie ma zbyt wielu ludzi w kraju, które byłyby w stanie to powtórzyć 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *