ZB-Szwoch.pl - Mój pamiętnik z wypraw

Witam w moim miejscu na świecie! Znajdziesz tu kilka spostrzeżeń, wspominek z wypraw i generalnie – mój punkt widzenia na podróże. Skoro już tu jesteś, to może akurat znajdziesz inspirację na swą własną :)

Hornstrandir

Podróż do krainy, którą ostatni stali mieszkańcy opuścili w 1952 roku. Krainy, która w całości jest rezerwatem przyrody o całkowitej powierzchni 580 km2. Przy obecnym boomie turystycznym na Islandię jest to miejsce jedyne w swoim rodzaju, bowiem można dostać się tam wyłącznie łodzią z Isafjordour – stolicy Fiordów Zachodnich. Na miejscu nie ma żadnych dróg, a jakby nie patrzeć w linii prostej jest tylko 300 km na Grenlandię. W historii zresztą zdarzało się, że zabłąkany miś polarny przypłynął tu na dryfującej krze. Czy może być jeszcze lepiej?

Dni 1-2

Lot Wizzairem z Gdańska w dniu 21.lipca. Lądujemy w Keflaviku po czym flybussem jedziemy na dworzec autobusowy BSI, a następnie na nocleg w Alba Guesthouse, który znajduje się 2 km od Reykjavik Domestic Airport. Loty krajowe na Islandii (m.in. do Egilstadoir, Akureyri czy wyspę Vestmannaeyjar) odbywają się liniami Air Iceland Connect. Nasz lot do Isafjordour jest nazajutrz rano. W planie wynajem auta na 1,5 dnia i krótka objazdówka po Fiordach Zachodnich.

Już samo podejście do lądowania w Isafjordour jest ciekawym przeżyciem. Była to moja piąta wizyta na Islandii, ale nie dane było jeszcze mi być na Fiordach Zachodnich. Turyści zjeżdżają tu jednak sporadycznie, bo charakterystyczną łapkę ciężko umieścić w planie objechania wyspy w tydzień. Na fiordach mieszka zaledwie 2,5% populacji całej Islandii.

W wypożyczalni Budget odbieramy kluczyki do Golfa, który na liczniku przejechane tylko 4000 km. Po niespełna godzinie zajeżdżamy pod jedną z największych atrakcji fiordów – kaskadowy wodospad Dynjandi.Inna jego nazwa to Fjalfoss.

Fjallfoss jest po Glymur 198 m, Háifoss 122 m i Hengifoss 118 m czwartym co do wysokości wodospadem na Islandii i największym w Zachodnich Fiordach.Wysoki na 100 metrów Fjallfoss charakteryzuje się szeroką, schodkową kaskadą, poniżej której znajduje się wiele małych wodospadów. Jeden z nich Göngufoss, można obejść prawie bez zamoczenia nóg. Niewiele dalej, zasilająca wodospad rzeka Dynjandisá uchodzi przez Arnarfjörður do Morza Grenlandzkiego. W pobliżu, bezpośrednio przy szosie numer 60 znajduje się bezpłatny plac campingowy.

Podchodzimy pod samo czoło wodospadu, co z parkingu zajmuje nam 15 minut. Po drodze mijamy też kilka mniejszych wodospadów i choć na moje wszystkie składają się na Dynjandi, a właściwie są jego mniejszymi kontynuacjami. Na miejscu jest trochę ludzi (na parkingu 1 autokar), ale mało kto wybiera się blisko głównej kaskady.

Następnie robimy niewielką pętlę, nim w górach zastaje nas załamanie pogody. Zjeżdżamy z głównej drogi na krótką drzemkę. Po przejaśnieniu zjeżdżamy na wieczór na kemping w miejscowości Þingeyri. Na samych fiordach ciężko o nocleg na dziko mając auto. Zbocza są niezwykle strome, a samo zjechanie autem z głównej drogi jest nie lada wyzwaniem. Szacun dla wszystkich przemierzających fiordy pieszo lub na rowerze. Odległości i różnica poziomów są tam naprawdę spore.

Rano korzystamy z basenu, który znajduje się tuż przy kempingu. Myślami jesteśmy jednak już gdzieś indziej. Na 17 zabukowany mamy rejs łodzią do Hesteyri, znajdującemu się już na półwyspie Hornstrandir. Zdajemy auto, robimy niewielkie zakupy w Bonusie i w słonecznym Isafjordour oczekujemy na popołudniowy rejs.

Dwie firmy oferują transport do 5-6 miejsc na półwyspie. Rejs do Hesteyri trwa godzinę i jest relatywnie b.drogi. Nie ma jednak opcji dostania się tam inaczej.Tzn można by tam dopłynąć – np. kajakiem 😉 Ale to już dłuższa ekspedycja. Może kiedyś 😀

Żeby nie było – płyniemy łódką z drugiego zdjęcia 😉 Na pokładzie około 20 osób, podróż mija bez przeszkód. Praktycznie wszyscy nastawieni trekkingowo, towarzystwo międzynarodowe.

Tego dnia rozbijamy się obok “portu” w Hesteyri i udajemy się na krótki spacer (3,5 km w jedną stronę) do opuszczonej stacji wielorybniczej Stekkeyri.

Między 1894, a 1915 rokiem Norwegowie zapełnili tu 12000 baryłek oleju.Następnie islandzki rząd nałożył restrykcje dotyczące połowu wielorybów i z biegiem czasu stacje zamknięto. Obecnie to ruina, ale warta odwiedzenia.

Od początku Hornstrandir zaskakuje wyjątkowo bujną jak na Islandię roślinnością oraz wysoką temperaturą i brakiem wiatru. Normalnie jak nie Islandia. Temperatura około 20 stopni wieczorem,a jesteśmy na kole podbiegunowym. Słońce praktycznie nie zachodzi.W nocy jest lekko szarawo.

Prawdziwa przygoda miała się jednak zacząć nazajutrz 😉

Dzień 3.

Wstajemy dość wcześnie rano i jako pierwsi ruszamy na szlak. Jest ciepło, a nawet bardzo ciepło. Do tego bez wiatru. Póki co, przez kilka lat przebywania na północy latem, miałem z komarami i meszkami niepisany pakt o nieagresji działający w dwie strony. Jak się okazało, na Hornstrandirze, owady nie do końca okazały się przestrzegać owy pakt. W porównaniu jednak do innych piechurów, którzy po rozmowach, mieli dość krwawe potyczki z owymi osobnikami, moja krew aż tak bardzo ich nie interesowała 😉

Na powyższym zdjęciu Hesteyri, główna baza wypadowa na półwyspie wraz z jej zabudowaniami, skromnym kempingiem oraz mini pensjonatem. Wszelkie pola kempingowe, które ograniczają się do posiadania WC oraz paru bardziej płaskich miejsc pod namioty, są bezpłatne. Nigdzie nie ma pryszniców oraz prądu. Zasięg GSM bardzo ograniczony. To jest życie 😀 Niezbędne mapy papierowe bądź/i w telefonach.Ja preferuję te pierwsze – na północy nigdy nie wyjdą z mody.

Półwysep Hornstrandir swoim kształtem przypomina zagięty pazur. Na południu sąsiaduje on z Jökulfirðir, a na północy z morzem grenlandzkim. Ciekawostką jest, że z resztą Islandii łączy się on jedynie bardzo wąskim przesmykiem o szerokości zaledwie 6km.

Jeśli chodzi o miejscową faunę, to spotkać tu można ponad 50 gatunków ptaków, lisa polarnego oraz foki. Ptaki królują w okolicach Hornviku i jego stromych klifów, do którego dotrzemy później. Póki co ciekawość zaspokoić musi pani pardwa stojąca na czujce.

Nasz plan na dziś to 15 km odcinek do Saebol. Są dwa warianty szlaku, przynajmniej na mapie. Wybieramy ten nieco dłuższy, lecz bliżej wody. I tu rozczarowanie, bo szlak z czasem zniknął. W jego miejsce były chaszcze, dwie dodatkowe przeprawy przez rzekę, a przede wszystkim utrata czasu i sił.Prawie 2 godziny w plecy już pierwszego dnia marszu. Irytacja. Ostatecznie na przełaj docieramy do drugiego szlaku. Poniżej pozing podczas trekkingu.

Hornstrandir to wspomniana już wcześniej bardzo bujna jak na Islandię roślinność Jest tu ponad 260 gatunków roślin, a jest to miejsce na skraju koła podbiegunowego.

Około 14.30 docieramy do Saebol mając w nogach 15 km. Tutaj podobnie jak w paru innych miejscach, spotykamy nieliczne zabudowania, domki letniskowe oraz opuszczone farmy.

Jest jedno (!) miejsce na namiot na kempingu, o ile to takowym można nazwać. Do tego zajęte przez parę Niemców, którzy jednak powoli zbierali się do drogi. Ale że o 15.00? Po krótkiej wymianie zdań okazuje się,że dalsza droga do Latrar jest możliwa wyłącznie przy odpływie. Bez większego zastanawiania się, także ruszamy w drogą, choć odczuwamy już lekko w nogach 15 km z Hesteyri plus około 2 nieistniejącym szlakiem. Na początek piaszczysta plaża i co ciekawe – zero parawanów 😉 Ludzi zresztą też.

Najciekawsze jednak dopiero przed nami. Zaczyna się kamienna droga, dostępna tylko podczas odpływu.

W kluczowym momencie trzeba i tak wejść do wody która jest prawie do pasa, a następnie wspiąć się za pomocą łańcuchów po śliskiej ścianie. To się udaje. Na takie warunki polecam skarpetki neoprenowe (w decathlonie za 39zł) i na to normalne buty. Niemcy rezygnują i wracają. A jako, że niewielki pierwiastek nacjonalistyczny zawsze we mnie siedział, to Polska – Niemcy 1-0 😉 Idziemy dalej przez kolejne 2 godziny po kamieniach.

Plaże są niesamowicie malownicze i w życiu bym nie pomyślał,że takowe tu zastaniemy. To unikalne przejście (ponoć b. mało osób decyduje się na szlak Hesteyri – Saebol – Latrar) czyni cały dzień niezwykłym. Aby pokonać jeszcze jedno przejście przy kamieniach wypada rozebrać się po całości i zasuwać z samym plecakiem 😉 Woda nieco cieplejsza niż podczas morsowania w Polsce 😀 Rozbijamy się przy plaży i padamy szybko spać.W nogach ponad 22 km, w tym długi odcinek kamienny. Nominalnie to wersja na 2 dni marszu.

Dzień 4.

Śpimy na plaży, a z samego rana mgła okrywa całą okolicę, więc z czystym sumieniem można jeszcze na chwilę zmrużyć oko. W niedalekiej przyszłości wjeżdża śniadanie mistrzów.

Uwaga przepis – dwie garstki płatków owsianych, dwie garstki jajek w proszku, trochę wody i na patelnię. Jedząc 10 takich omletów z rana można iść zdobywać świat. 😉 Polecam trzymać płatki w plastikowych butelkach – są niezniszczalne w porównaniu do woreczków strunowych.

Przejaśnia się, a właściwie od rana jest piękna letnia pogoda.Mam wrażenie,że Hornstrandir na tle całej Islandii znajduje się w szklanej kuli, która nie przyjmuje zaklęć deszczu, śniegu, wiatru i tym podobnych. Jako,że dzień wcześniej w ostatniej fazie nie dotarliśmy do kempingu (zbyt wysoki poziom wody około godziny 20 na jednym z przejść), z rana jesteśmy zmuszeni do godzinnej wędrówki przez podmokłe tereny. Nie jest to zbyt przyjemne, ale jeszcze raz z całego serca polecam na taką okoliczność lekkie skarpetki neoprenowe, które w takiej sytuacji stawiam ponad najlepsze nieprzemakalne buty. Okoliczności przyrody także należą do dość przyjemnych.

Wracamy jednak na szlak i zaczynamy podejście, które trwa dobre pół dnia. Nie spotykamy tego dnia ŻADNYCH ludzi. Docelowo chcemy dotrzeć nad jezioro Fljot. W upale schładzamy się pakując śnieg do czapki, który stopniowo schładza nasze głowy.Szlak jest kamienisty i dość dobrze oznaczony. Po drodze krystalicznie czyste jeziora i rzeki, więc nie ma co się martwić o zapas wody.

Około godziny 15 docieramy na przełęcz, z której podziwiamy widoki na fiord. Na mapie lokalizujemy kemping u podnóży góry Kogur, z którego jednak rezygnujemy, bo oznaczałoby to dodatkowe 5 km z rana.

Oficjalnie na Półwyspie Hornstrandir można rozbijać się wyłącznie w miejscach do tego wyznaczonych, ale nie jest to specjalnie respektowane. Ważne, by nie zostawiać po sobie ŻADNYCH śladów oraz ŻADNYCH śmieci. Droga wzdłuż jeziora Fljot okazuje się mniejszym lub większym bagnem, które nie jest tym czego oczekuje się na koniec dniach. Rozbijamy się mniej więcej w połowie jeziora. Mniej sympatyczne owady zdają się nadal nie przestrzegać traktatu o niegresji. Bunkrujemy się więc w namiocie. Czas przed snem umilają mi “Szepty kamieni – opowieści z opuszczonej Islandii”. Polecam,ale dla tych co byli na Islandii więcej niż 1 raz 😉

Dzień 5.

W nocy jest lekka szaruga, a wraz z pierwszymi promieniami słonecznymi w namiocie jest niemalże gorąco. Poranne rytuały, które wraz ze śniadaniem, złożeniem namiotu oraz reszty ekwipunku zajmują około godziny i z powrotem jesteśmy na szlaku. Do przejścia jeszcze pół jeziora Fljot i wspinaczka. Spotykamy 3 Niemców, którzy na Hornstrandirze są w sumie aż 2 tygodnie, wraz z przejściem lodowca Drangajokull. Ucinamy sobie dłuższą pogawędkę w ramach przerwy przy strumyku. Czasami spotykając Niemców, których na szlakach jest spoko, wspominam jedną sytuację z mojej pierwszej wyprawy na Islandię.

Mianowicie, gdy w 2012, kiedy to Wizzair nie latał jeszcze z Polski do Keflaviku, ze swoim zdezelowanym mondziakiem płynąłem z Hirthals do Seydisfjordour. Na pokładzie była spora grupa niemieckich emerytów, w okolicach 7-8 krzyżyka. Jeden z panów widząc,że robię zdjęcie jednej z Wysp Owczych zapytał czy nie chce, aby mi zrobił zdjęcie na tle landszafciku. Z miłą chęcia. A rozmowa przebiegała następująco:

Woher kommst du?
Aus Polen, aus Danzig (Gdańsk)
Danzig ist polnisch?!?!?

(….) 😀

Pogoda taka jak na zdjęciach, tak więc niezmiennie – dzięki, Islandio 😉 Na poniższej fotce jest WC, które znajdują się na kempingach. Innych udogodnień typu prysznice nie ma. Pozostaje więc orzeźwiająca kąpiel w strumykach/wodospadach bądź obranie drogi, która nie do końca jest po drodze z pełną higieną. U mnie zazwyczaj wygrywa złoty środek 😉

Miejscami szlak znika, więc warto mieć ze sobą dobrą mapę. Coraz więcej osób korzysta wyłącznie z wersji multimedialnej, ja polecam obie, z pierwszeństwem papierowej. Przez 2-3 godziny robimy off-road poza szlakiem, ale odnajdujemy go przed kluczową tego dnia przełęczą.W górach już chłodniej, wietrzniej, nieco mgliście. Sporo przejść po śniegu.

Druga część dnia to marsz po skarpie lekko w dół. Docelowo planujemy dość do Hlodavik i po raz pierwszy rozbić się na kempingu. Spodziewana większa liczba ludzi, bo trasa Hesteyri – Hlodavik – Hofn – Veileysurfjordour to “basic hike” na półwyspie. Na północnych brzegach Hornstrandiru można dostrzec sporo drewna które przypłynęło tu z Syberii. Nic, tylko się budować 😉

Przy kolejnej przełęczy po raz kolejny naszym oczom ukazują się piękne piaszczyste plaże. W oddali widać też camping Hlodavik.

Jesteśmy zmęczeni i czujemy w nogach głównie podejście spoza szlaku na początku dnia, dalej szło już się siłą inercji. Poza batonikami i czekoladą, którą posilamy się podczas marszu, z dobrodziejstw przyrody można jeść jagody (choć nie ma ich dużo) oraz szczaw.

Na kempingu około 20 osób oraz po raz pierwszy – bliskie spotkanie z lisami 😉

Generalnie są jak pieski, nie uciekają, nie boją się zbytnio ludzi i ewidentnie liczą na jedzenie. Kategorycznie zabronione jest jakiekolwiek dokarmianie. W lecie ich sierść ma brązowo – czarną barwę, w zimie logiczna zmiana na białą.Na Hornstrandirze żywią się głównie pisklętami oraz ptasią padliną.

Na ostatnim zdjęciu jest tzw. emergency shelter, czyli schron, z którego wolno korzystać wyłącznie podczas b.złej pogody lub problemów zdrowotnych. Na Islandii jest ich sporo. Chatek przeznaczonych dla piechurów za free raczej nie ma, choć są opuszczone farmy.

Dzień 6.

W nocy mamy atak lisów polarnych. Młode osobniki tarzające się po trawie bezpardonowo wpadły w nasz namiot. Impreza na całego. 😉

Z rana na horyzoncie tęcza, a przed nami odcinek po szlaku: Hlodavik – Hofn. Pierwsza część dnia to dość strome podejście, następnie marsz w górach po płaskim terenie z przejściem rzeki, by w drugiej części dnia głównie schodzić. Na wstępie przechodzimy przez farmę i zamieniamy parę słów z przemiłym gospodarzem z poniższych zabudowań.

W skrócie opowiada nam historię swojej rodziny, która żyła tu przez lata zanim Hornstrandir został opuszczony przez stałych mieszkańców. To było ciężkie życie, walka z żywiołem, mrozem i wiatrem, a zarazem praca na morzu.Twardzi ludzie. Może i dzięki temu średnia długość życia jest tu najdłuższa na świecie.

Islandczycy cieszą się najdłuższą przewidywaną średnią życia na świecie (80,2 lata dla mężczyzn i 83,3 dla kobiet).

Obecnie prywatne domki to już wyłącznie letniskowe “rezydencje” niezmiennie dostępne wyłącznie drogą morską bądź (w wyjątkowych okolicznościach i b.dobrej pogodzie) samolotem mogącym wylądować na wodzie z Isafjordour.

Absolutną podstawową jakichkolwiek zabudowań jest źródło wody pitnej będące nieopodal. Na Islandii o nie nietrudno, jest tu bowiem około 10.000(!) wodospadów. Z moich obserwacji, drugie tyle jest tych nie posiadających swojej nazwy.

Ze szczytu wzniesienia po raz kolejny naszym oczom ukazuje się niesamowita panorama majestatycznych plaż i góry przy kempingu Hlodavik.

Tego dnia spotykamy na szlaku kilkadziesiąt ludzi. Nacje różne – Francuzi, Holendrzy, Niemcy, Rosjanie. Polaków nie spotkaliśmy. Spotkaliśmy za to lisy polarne, a jeden pozował do zdjęć jak król lew 😉 Obok polarnego niedźwiedzia, lis jest najdalej na północ występującym ssakiem lądowym. Trzeba przyznać, że wygląda uroczo i dość niewinnie, a tak naprawdę jest w stanie wytrzymać w temperaturze do minus 80 stopni (!)

W górach jest oczywiście bardziej rześko i wskazana jest kurtka oraz czapka. Warunki jednak dalekie od ekstremalnych. Zaczynamy zejście w dół. Z daleka widać skalne formacje. Może nie są jak osławieni australijscy apostołowie, ale skały naprawdę robią wrażenie. Zatrzymujemy się na dłuższą chwilę. Swoje legowiska mają tu ptaki.

Poniższa formacja na pierwszy rzut przypominała mi ślimaka. A jeśli ktoś ma jakieś inne skojarzenia…. 😉

Niedługo później docieramy do Hofn. Tu także jest schron oraz spory jak na Hornstrandir kemping z informacją turystyczną (!). Zostajemy tu na noc.

Dzień 7.

Ten dzień to wyprawa w miejsce, które jest niejako wizytówką całego Hornstrandiru. Chodzi o kilkusetmetrowe, pionowe klify, które możemy znaleźć na broszurach zachęcających do odwiedzin półwyspu. Część turystów płynie tu łodzią z Isafjordour na kilkugodzinny trekking. Położenie kempingu w Hofn stwarza możliwości, by zostawić tam większość ekwipunku i przemaszerować na lekko z popołudniowym/wieczornym powrotem na kemping. My jednak pakujemy się z całością, planując, by na koniec dnia dotrzeć do Latravik.

Ruszamy z kempingu w Hofn i po raz pierwszy pogoda nie do końca nam sprzyja. Klify są bowiem skąpane w gęstej mgle. Ale nie narzekamy, w końcu to Islandia, nadal nie ma deszczu ani porywistego wiatru, który jest jakby nie patrzeć “basic weather” na wyspie. Na początek około kilometrowy odcinek po wydmach, po czym wypada zdjąć buty i przeprawić się przez rzekę.

Jak widać na filmiku, woda max do kolan i bez nurtu, a więc idealne na poranne pobudzenie krążenia 😉 Przechodzimy kamieniste plaże i powoli zaczynamy wspinaczkę. Mgła nie ustaje, ale w górach mamy za to najbliższe spotkanie z lisami.

Lisy spotkane tego dnia na szlaku, są młodymi osobnikami, bawią się ze sobą, co jakiś czas ryją w ziemi bądź jedzą resztki jakieś martwego ptaka. Liski, jak zresztą widać na filmiku poniżej, nie są płochliwe.

Nie wszystko widać przez mgłę, która jednak w ciągu dnia lekko odpuszcza, a chwilami nawet ustępuje słońcu. Tu każda skałka tętni życiem. Alfred Hitchcock śmiało mógłby kręcić tu sequel “Ptaków”.Z kolei moja wyobraźnia, która wybiegła na temat pływania pod klifami kajakiem stwarzała potrzebę posiadania parasola – pancerza, którzy chroniłby przed ptasimi bombami z kilkuset metrów.

A jakie ptaki można tu spotkać? Ponad 50 gatunków z maskonurami na czele.

Dla osób mających lęk wysokości, spacer przy klifach może być dość traumatycznym przeżyciem. Najwyższy z nich – Hornbjarg wznosi się 534 m. n.p.m. Przed laty wiele osób tu ginęło podczas zbierania ptasich jaj.

Znajdujemy się niemalże na skraju koła podbiegunowego – N66° 27′ 41.219″ W22° 26′ 25.161″. Wokół nas mnóstwo kwiatów, a konkretnie żółtych kaczeńców i nie tylko. Roślinność przebujna jak na Islandię, przez wielu nazywana tu arktycznym Edenem.

W ciągu dnia spotykamy ludzi z jachtu, który stał na kotwicy nieopodal. Podczas przerwy nawiązałem b. miłą pogawędkę z załogą, która za 3 dni miała dotrzeć na Grenlandię,a konkretnie do fiordów Scorebysund i niejako stolicy wschodniej Grenlandii o pięknej i łatwej do wymówienia nazwie Ittoqqortoormiit 😉 Załoga międzynarodowa, a sam jacht (wizualnie pełen old-school) pod holenderską banderą.

Robi się dość późno i wiemy,że nie ma sensu iść tego dnia do Latraviku. Postanawiamy zatoczyć pętlę i rozbić się jako jedyni namiot na kempingu w Hornviku.

Dni 8/9.

Ostatni dzień marszu to trasa do Veileysurfjordour, skąd o 18.00 miała nas zabrać łódź.

Plecaki na koniec już całkiem lekkie, choć przez całą wyprawę nie były właściwie ciężkie. Restrykcje plus wcześniejsze noszenie kajaka chyba zrobiły swoje 😉 Do Veileysurfjordour maszerujemy z niewielkimi przerwami 7 godzin, pół dnia po górę, by następnie schodzić w dół. W górach mamy sporo leżącego śniegu i wyjątkowo sprzyjający wiatr w plecy.

Przez te wszystkie dni, uważam, że dość dobrze poznaliśmy półwysep. Zalecam nie robić mini-trasy w 3-4 dni, a przeznaczyć na Hornstrandir 6-7, a nawet i dwa tygodniej, jeśli dysponuje się taką ilością czasu. Wtedy obowiązkowo przejście przez Drangajokull – lodowiec na południe od Hornstrandir. Ponoć nie jest tu wymagany sprzęt alpinistyczny, opcjonalnie raki. Koniecznie krem z filtrem 50 plus okulary lodowcowe.

Drangajökull – lodowiec na Islandii, w Vestfirðir, na południe od Hornstrandir. Powierzchnia lodowca wynosi około 199 km² a maksymalna wysokość 925 m n.p.m.

W zatoczce poza nami czekają na łódź dwie sympatyczne Czeszki z Pragi oraz para Francuz + Tajka (na oko). Ci drudzy ledwie dzień spędzili na półwyspie, nie wychodząc poza Veileysurfjordour. Nic dziwnego, dziewczyna była w dżinsach i czymś ala tenisówki. Totalnie nieprzygotowani. Oficjalnie mieli jednak wracać z Hesteyri, gdzie my zaczynaliśmy. Z tego co mówili, to co chwila gubili szlak i zdecydowali się na odwrót. Pewnie nie będą to ich wymarzone wakacje.

W Veileysurfjordour (czy próbujecie to wymówić? 😀 ) nie ma pomostu ani portu. Przypływa łódź, spuszcza na wodę ponton do którego wskakują piechurzy.

Z lądu odbiera nas chłopak łudząco podobny do Bjorna Lothbroka – syna Ragnara z serialu Vikings.

Mieliśmy lekki niedosyt, bo nie widzieliśmy na klifach maskonurów. Gdy łódź ruszyła – niespodzianka, leci maskonur, a potem drugi i trzeci. Superos! Ale żeby tego mało, podczas godzinnego rejsu powrotnego do Isafjordour, w zatoce pływa wieloryb i dwukrotnie zacnie eksponuje płetwę. Aparat i kamerę mamy już schowaną, a poza tym cytując Seana Penna z filmu o Walterze Mittym.

Dopływamy na wieczór do Isafjordour i wcinamy hot-dogi na stacji. Mamy opcję noclegu w guesthousie lub kempingu, który jest jednak kawałek drogi od portu. Wizja prysznica i łóżka po prawie 10 dniach wygrywa 😉

Nazajutrz, gdy otwierają Netto kupujemy cały chleb i momentalnie go zjadamy prawie w całości. Obchodzimy sklepy w Isafjordour i popołudniu kierujemy się w stronę lotniska. Trafiamy na mecz 😀

Miejscowa drużyna nie ma litości i wygrywa 13-0. Ostatniego gola strzela chłopak, który zabierał nas łodzią dzień wcześniej. Stadion położony niezwykle malowniczo, a i pogoda niezmiennie dopisywała.

* * *

6 odpowiedzi na “Hornstrandir”

  1. Kasia Nizinkiewicz pisze:

    Hej, można też przyjść z Holmaviku wzdłuż Drangajokull. Piękna dzika trasa. Opisałam ją bardzo rozwlekle, w odcinkach, ale może się przyda http://blog.kwark.pl/islandia-cz6-pieszo-hornstrandir/
    Mi też się tam bardzo podobało, kawałka Waszej trasy nie widziałam. Rzeczywiście warto poświęcić temu miejscu więcej czasu. Kiedyś wrócę:)

    • zbyszek pisze:

      Dzięki za wpis Kasiu – a dzięki Tobie jeszcze raz wróciłem myślami na Hornstrandir 🙂 Po drodze mijałem piechurów, którzy szli przez Drangajokull, kapitalna sprawa, jak i cały przylądek.pozdrawiam serdecznie

      • Kasia Nizinkiewicz pisze:

        a wiesz, którędy dokładnie przeszli? Bo to ciekawe, powtórzyłabym 🙂

        • zbyszek pisze:

          Którędy dokładnie – nie pamiętam. Spotkałem ich nieopodal Fljót. Wspominali o 2-tygodniowej trasie.Koniec w Hesteyri, a początek z podwózką (?) w okolice lodowca.

  2. Kasia Nizinkiewicz pisze:

    jest zejście do Reykjafiodur, stamtąd też ludzie chodzą na szczyt lodowca. Nie wiem tylko gdzie da się na niego podejść. Jeśli wierzyć ścieżce na mapie to chyba byłoby z Kaldalon. Ale być może z wielu miejsc. Kuszący pomysł, przyznam 🙂
    Tak w sumie to zajrzałam do Ciebie z powodu Grenlandii, a ten wpis przeczytałam żeby sprawdzić jak piszesz o miejscach, o których coś wiem. Ładnie, ciekawie. Dzięki!
    Mogę zadać Ci parę pytań na maila?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *