ZB-Szwoch.pl - Mój pamiętnik z wypraw

Witam w moim miejscu na świecie! Znajdziesz tu kilka spostrzeżeń, wspominek z wypraw i generalnie – mój punkt widzenia na podróże. Skoro już tu jesteś, to może akurat znajdziesz inspirację na swą własną :)

Przez 4 fiordy na dach Skandynawii i jezioro Gjende

Podróż odbyła się w dniach 21.7-1.8.2016, pomysł zrodził się jeszcze na jesień roku poprzedzającego wyprawę. Przez ten czas plan ulegał mniejszym lub większym modyfikacjom, by ostatecznie wykrystalizować się przed samym startem. A co właściwie było w planie? Przepłynąć 4 fiordy we własnym – dmuchanym kajaku (notabene używka z OLX-a), następnie w miarę możliwości dostać się do Spiterstulen i zaatakować najwyższy szczyt Skandynawii – Galdhoppingen. Dalszy plan to 2-3 dni wędrówki z kajakiem na plecach i dotarcie do Gjendebu, a na deser przepłynięcie jeziora Gjende. A to wszystko w 10 dni.

1.dzień

Na start lot z Gdańska do Bergen z dwoma bagażami rejestrowanymi.W Bergen miałem w planie kupić gaz, ale nie było go w dwóch sklepach turystycznych. Wsiadamy w autobus do Gudvangen przez Voss(tu na stacji benzynowej także nie było gazu), by być na miejscu niespełna 2 h później. Samo Gudvangen jest piękne i leży na samym końcu majestatycznego Nærøyfjordu. Obecnie dojazd do miasteczka umożliwia tunel wydrążony pod górskim masywem od strony Flåm. Przy przystani promowej znajduje się hotelik i sklep z pamiątkami.”Zabija” go jednak armia turystów. Po niewielkich zakupach ok. godz. 18.00 wodujemy kajak, choć pierwotny plan zakładał nocleg w Gudvangen. Pogoda jednak sprzyjała i jak się później okazało przepłynęliśmy przez niespełna 4 h ponad 10 km z jednym dłuższym postojem.

Nærøyfjord w najwęższym miejscu ma zaledwie 250 metrów.Po drodze mijamy osamotnione farmy Styvi, Bakka i Dyrdal. Niemalże po przeciwległej stronie tej ostatniej zatrzymujemy się na nocleg. Oczywiście w namiocie i przy stumyku/wodospadzie, aby mieć dostęp do wody.

Radzimy sobie bez gazu 🙂

Mapka:

Dzień 2:

Po śniadaniu składamy nasz ekwipunek i jesteśmy z powrotem w kajaku. Startujemy około 10-tej.Pogoda piękna, wręcz wymarzona .Powoli zbliżamy się do końca Nærøyfjordu (jego łączna długość to 17km) i wkraczamy w Aurlandsfjord. Na trasie Flam – Gudvangen regularnie pływa prom, które delikatnie unieszczęśliwia robionymi przez siebie falami.

Nasz kajak to Sevylor pointer – jedno lub dwuosobowy w zależności od potrzeb. Trójkomorowy. Drugiego dnia dość niepokojąca szybko z jednej z komór ulatnia się powietrze. O 13 robimy przerwę i lokalizujemy przyczynę usterki.Za pomocą zestawu naprawczego próbujemy załatać dziurę, niemniej jednak tylko minimalizujemy usterkę i owy defekt mniej lub bardziej będzie nam doskwierał w kolejnych dniach. Ale i na to znalazło się sposób.

Ruszamy po 3 godzinnej przerwie. Fiord robi się coraz szerszy.W większości przypadków płyniemy blisko brzegu – wrażenie szybszego przemieszczania się oraz bliskość brzegu w razie problemów.

Nad głową coraz ciemniej oraz jak to bywa na północy – bardzo szybko przemieszczające się chmury. A z nimi silny wiatr. Co gorsza byliśmy w samym środku fiordu. Zrywa się ulewa, a kolejne fale wydają się coraz wyższe. Ciśniemy do brzegu, choć ja tam miałem wrażenie iż stoję w miejscu. Filmiki poniżej poniekąd oddają to co się działo.

Dopływamy blisko brzegu. Na szczęście bez połamanych wioseł. Naszym oczom już z daleka okazywała się ciekawa budowla, która ostatecznie okazała się fantastycznym i jedynym w swoim rodzaju miejscem noclegowym. Na miejsce docieramy ok.21.30.

Pierwsze skojarzenie – opuszczony i nieczynny młyn wodny, jednak po zgłębieniu tematu – tartak. Raczej w Polsce jego wyposażenie długo by miejsca nie zagrzało,nawet mimo utrudnionego dostępu 🙂 .W środku mnóstwo starych maszyn, tarcz, pił oraz drewna. Niezmiennie świetnie radzimy sobie bez gazu.

Śpimy w super warunkach, nad nami przechodzi kolejna ulewa, ale oberwanie chmury oglądamy już z ją spod dachu. Wyjście z opresji, a zarazem super przygodę świętujemy czymś w okolicach 40% 🙂

Dzień 3:

Rano wróciła piękna pogoda, a z nią piękne widoki na fiord. Żegnamy nasz młyno – tartak.

Od świtu upały i to takie, żeby nie skłamać – około 30-stopniowe.Jako,że była niedziela, chyba cała Norwegia odpoczywała nad wodą. My opuszczamy nasz przybytek i kierujemy się do Kaupanger, pierwszej większej miejscowości od momentu opuszczenia Gudvangen.

Kaupanger słynie z drewnianego kościoła datowanego na rok 1190, nie robi na nas jednak aż takiego wrażenia, aby płacić za wejście do środka. Spacerujemy po Kaupanger, chowając się przed słońcem.

Na tablicy zaznaczona pokonana przez nas dotychczas trasa. Z Kaupanger do Gudvangen regularnie kursuje prom. Kajakarzy spotkaliśmy praktycznie wyłącznie w Naeroyfjordzie.

Opuszczamy popołudniu Kaupanger i ruszamy dalej, będąc już w Sognefjordzie. Mijając cypel zatrzymujemy się na chwilę blisko brzegu. Słyszymy dziwne dźwięki, a zarazem widzimy gigantyczne, jak się przynajmniej nam wydawało – pluskające się ryby. Po chwili zagadka się wyjaśniła – zostaliśmy otoczeni przez foki 🙂

Coś absolutnie nieprawdopodobnego. Fakt,iż raz widzieliśmy już foki w swoim naturalnym środowisku (Islandia – Jokulsalron), ale tam ich się spodziewaliśmy, tutaj – szczęki nam opadły do wnętrza kajaka. Ciekawskich fok w szczycie naliczyliśmy około 13-15 sztuk.

Płyniemy dalej, ciężko na brzegu było znaleźć jakikolwiek kawałek płaskiej ziemi. Ostatecznie znajdujemy małą, kamienistą plażę. W nocy mamy przygody w związku z podnoszeniem się poziomu wody, niezbędna była ewakuacja na znajdującą się wyżej łąkę, ale już nie tak płaską.

Wieczorem próbuję wędkować, ale bardziej jako ciekawostka. Sama wędka była montowana z kijka trekkingowego, a przelotka z breloczka od kluczy. No cóż – nic nie złowiłem, a była to jedyna próba podczas wyjazdu.

Dzień 4:

Od rana upał jeszcze większy, co mimo smarowania odczuwamy coraz bardziej.Ruszamy około 10 po śniadaniu, które w większości przypadków oznaczało owsiankę z nutellą. Przebijamy się na drugą stronę fiordu i jesteśmy w pobliżu miejscowości Ornes, gdzie także znajduje się drewniany kościół.Zatrzymujemy się tuż za Ornes, ale wyłącznie na odpoczynek i uzupełnienie płynów.Z Ornes można przepłynąć promem do znajdującego się po drugiej stronie fiordu – Solvorn.

Wraz z uciekającym delikatnie, ale jednak – powietrzem, do jednego z trzech zaworów mam cały czas podłączoną pompkę i w razie potrzeby, mogłem spokojnie kontrolować wszystko nawet podczas płynięcia.

W dalszej części dnia, w miejscowości Kroken zastajemy “kiosk” samoobsługowy, czyli inaczej lodówkę, z której po zostawieniu odpowiedniej ilości koron w pudełku, można było coś sobie wybrać z szerokiej gamy lokalnych produktów.

Późnym popołudniem dopływamy pod wodospad Feigefossen , znajdujemy się już w Lustrafjordzie. Szlak pod Feigefossen to bardzo dobrze oznaczona, 20-minutowa przebieżka

Wodospad Feigefossen jest drugim najwyższym w Norwegii, zmierzonym na 218 metrów swobodnego spadania wody. Robi spore wrażenie, aczkolwiek nie aż takie jak niektóre z wodospadów islandzkich.

W planie mieliśmy płynięcie dalej, ale załamuje się pogoda, zaczyna padać, a przede wszystkim mocno wiać w niesprzyjającym dla nas kierunku. A na zegarze już po 20.Decydujemy się na nocleg z widokiem na wodospad.

Poniżej kosmetyczka dla 2 osób na 11 dni.O ile w kajaku nie było to dla nas aż tak istotne, tak w drugim etapie podróży, liczył się każdy zyskany gram.

Dzień 5:

Tego dnia kończymy nasz kajakowy etap 4 fiordów – startujemy o 9.30,a już około 13 dopływamy do Skjolden. Wcześniej łapie nas deszcz i zatrzymujemy się na chwilę w otwartej chatce. W planie mamy lekki odpoczynek oraz w zależności od cen – nocleg na kempingu pod namiotem lub w domku. Wraz z prognozą wygrywa opcja nr 2 (400 NOK).

W miejscowym Coop-markecie robimy zakupy, jako małe szaleństwo kupuję zupę rybną w miejscowej restauracji (60 NOK).Wysyłamy kartki do najbliższej rodziny. W informacji turystycznej dowiadujemy się o możliwościach dotarcia do Spiterstulen (autobus).Opatrujemy niewielkie rany kajakowe.

Zależy nam na wysuszeniu całego ekwipunku, a przede wszystkim kajaka.Już następnego dnia zarzucimy plecaki na grzbiet i heja naprzód 🙂

Dzień 6:

Plan na ten dzień to przede wszystkim spakowanie się do plecaków, około 30 i 20-kilowych.To się udało. O 9.50 mamy autobus do Roisheim, do którego jedziemy półtorej godziny. Sceneria niezwykle malownicza, gdyż jest to słynna krajobrazowa trasa nr 55.Jesteśmy już znacznie wyżej, a sam autobus jedzie docelowo do Lom.

Droga z Roisheim do Spiterstulen to 17 km, leśna, lecz utwardzona nawierzchnia. Spiterstulen to bardzo popularne schronisko, baza wypadowa wielu szlaków z pełną infrastrukturą, domkami oraz kempingiem. Dla wybrednych jest nawet basen i sauna. Po około godzinie marszu udaje się złapać stopa. Do Spiterstulen zmierza pan z samochodu chłodni (pierwsze skojarzenie – Ice-track killer z serialu Dexter. 🙂

Miły Norweg ani nas nie zabił,ani nie poćwiartował, za to już około 13 jesteśmy pod Spiterstulen.Po sprawdzeniu prognozy decyzja mogła być tylko jedna – jeszcze dziś atakujemy Galdhøpiggen – najwyższy szczyt Norwegii, Gór Skandynawskich i Półwyspu Skandynawskiego.Namiot wraz z doborowym towarzystwem w pakiecie (owce) rozstawiamy na kempingu.

Bierzemy ciepłe ciuchy, troche prowiantu i wodę. W internecie wyczytałem, iż szlak nie jest zbyt trudny, wejście zajmuje 4,5 godziny, a zejście 2,5.Cieszy nas zapowiadane okno pogodowe. Na szlaku ludzi całkiem sporo, lecz do przepełnienia bardzo daleko. Widoki piękne.

Ze szczytu przy dobrej widoczności roztacza się widok na obszar ponad 35 tysięcy km². Według niektórych źródeł i map Galdhøpiggen nie jest najwyższym szczytem Norwegii, ustępując wysokością wierzchołkowi Glittertind. Dane te nie są jednak prawdziwe, gdyż opierają się na pomiarach dokonanych przed roztopami lodowca znajdującego się na szczycie Glittertind, którego obecna wysokość wynosi 2464 m n.p.m. (skała sięga do 2452 m n.p.m.).

Im wyżej, tym oczywiście więcej śniegu i wiatru.Na samym szczycie znajduje się schronisko, obecnie już w wersji kamiennej, gdyż dwie pierwotne, drewniane konstrukcje, zwiał wiatr.

W 1888 Knut O. Vole wybudował na Galdhøpiggen niewielki drewniany schron w kształcie prostej budki. Służył on za schronienie turystom, których zastało w górach załamanie pogody. W 1925 obok stanął drugi obiekt, który wybudował Lars Sulheim, właściciel Spiterstulen – drewniany domek nazwano Steinarstugu, od Steinera Sulheima, jednego z pierwszych zdobywców Galdhøpiggen. Knut Vole, który był właścicielem schroniska Juvasshytta, w następnym roku postawił nowe Vole-hytta. W latach 50. XX wieku Steinarstugu doczekało się własnego stempla pocztowego, z kolei w 1960 Vole-hytta zaczęło serwować posiłki.

Ciężkie warunki atmosferyczne położyły kres istnieniu obu obiektów – w Niedzielę Palmową 1961 silny wiatr zniszczył Steinarstugu, której kawałki znaleziono nawet w dolinie Visdalen, 6 mil od wierzchołka. Vole-hytta została pokonana przez wichurę w 1970.

Obecnie na szczycie znajduje się nowa konstrukcja z 1975, którą tym razem wybudowano z kamienia. Działa pod nazwą Knut Voles hytte – nie udziela noclegów, ale funkcjonuje w niej bufet.

Na szczycie jest nawet wi-fi. Można kupić herbatę/kawę, opcjonalnie coś do jedzenia. Zastanawia nas jak często jest zmiana wśród obsługujących sklep na szczycie.

Na Galdhoppingen wiodą dwa szlaki – ze Spiterstulen oraz z Juvashytta, ten drugi można zdobyć wyłącznie wykupując wycieczkę zorganizowaną. Wejście wjedzie przez lodowiec i wymaga użycia sprzętu alpinistycznego. Przy schodzeniu popełniamy błąd i zaczynamy schodzić tym drugim, gubimy się, lecz szczęśliwie wracamy i dokładnie po szlaku schodzimy na dół. No może z wyjątkiem paru miejsc, gdzie zjeżdżamy po śniegu. Zmęczenie wynagradzają nam piękne widoki, zachodzące słońce i zbliżające się Spiterstulen.

O godz. 0.30 jesteśmy w namiocie. Zasypiamy w 30 sekund. Co za dzień!

Dzień 7:

Z uwagi na fakt, iż mamy bardzo dobry czas, jesteśmy praktycznie 2 dni do przodu z uwagi na tempo narzucone na fiordach, a zarazem złapanie stopa i wejście tego samego dnia na Galdhoppingen, do wczesnego popołudnia zostajemy w Spiterstulen. Jemy dwa solidne śniadania.

Szlak ze Spiterstulen do Gjendbu to 24,3 km. Bez zbytniego obciążenia można go przejść w 1 długi, ciężki dzień. Myślę jednak,że mało kto zakładał przejście go z kajakiem na plecach. Od godziny 18 zapowiadane są silne opady deszczu i mają trwać całą noc. Prognoza się sprawdza. Maszerujemy około 7km.

W pewnym momencie szlak rodziela się na drogę do Gjendbu oraz Leivasbru. Nasz szlak,czyli do Gjendbu skręca w góry, by docelowo osiągnąć 1663 metry na górze Uradalsbandet. My rozbijamy się wcześniej.Przy jednym z wyjść z namiotu, słyszę tylko “chodź i bierz aparat” Na zewnątrz 10-15 metrów od namiotu urzędowało stado reniferów. Po spotkaniu z fokami – kolejne niesamowite przeżycie.

Była to najzimniejsza noc ze wszystkich.Niemniej jednak namiot (apollo light) dał radę,a my razem z nim. A widok reniferów dał dodatkowe moce.

W Spiterstulen kupuję w końcu gaz do kuchenki.

Dzień 8:

Pogoda z rana już zgoła odmienna.Niezmiennie towarzyszą nam renifery.Sceneria górska piękna, tak więc około 10-tej zaczynamy marsz.

Droga wiedzie przez kamienie, strumyki mniejsze i większe (wskazane bardzo dobre buty).Przez pierwszą część dnia idziemy cały czas lekko w górę, by przez drugą część schodzić lekko w dolinie. Sporadycznie spotykamy piechurów zarówno z jednej, jak i z drugiej strony.mPraktycznie każdy obracał się za moim plecakiem, ale pytanie które najbardziej zapadło mi w pamięci od jednego to

“Are you really having a fucking kayak in this pack?” 🙂

Idziemy powoli, ale konsekwentnie cały dzień, do 19.Nie docieramy do Gjendbu, ale możemy sobie na to pozwolić.Rozbijamy się przy wodospadzie Hellerfossen, a zarazem na “polu minowym” z uwagi na blisko obecność pasących się nieopodal krów 🙂

Dzień 9:

Piękny poranek przy Hellerfossen. Odczuwamy już trudy podróży, niemniej jednak twardo idziemy nad jezioro Gjende. Szlak pod koniec jest płaski, a nawet wiedzie przez mały lasek. Ciekawe czy ktoś już wcześniej zmagał się z podobnym problemem, a mianowicie koszenia drzew wiosłami…

Po fokach, reniferach i owcach, przyszedł czas na integracje z krowami 🙂

Przed południem była naprawdę piękna pogoda i około 13 docieramy do Gjendebu.Jest to takie mini-Spiterstulen.Są do wynajęcia domki, camping, toalety i prysznice.Nie ma jednak np. sygnału GSM.Bardzo miła obsługa.Mieliśmy w planie wodowanie na jezioro jeszcze tego samego dnia, jednak wraz z prognozą, postanawiamy zostać do końca dnia w Gjendebu.

Po raz pierwszy od początku wyprawy, mamy pół dnia na totalny chill-out.Dajemy więc odpocząć nogom i plecom,a sami gramy w dostępne planszówki.Śpimy na campingu.Nazajutrz po 4 dniach przerwy, po raz kolejny, a zarazem ostatni mamy w planie wskoczyć do naszego kajaka.

Dzień 10:

Jezioro Gjende jest jednym z najpiękniejszych w Norwegii i słynie ze swojego niezwykłego, turkusowego koloru. Nad jego pierwszą częścią leży słynna górska grań – Besseggen. Najłatwiej dostać się pływającym tam promem – do Gjendebu, gdzie stacjonowaliśmy przedostatniego dnia wyprawy, albo Memurubu – leżącym pośrodku jezioro (główna baza wypadowa na Besseggen).Można też inaczej, np. ze Spiterstulen z kajakiem na plecach.

Pierwsza połowa jeziora, które w całości ma 18 km długości upłynęła na spokojnych, wręcz relaksacyjnych dwóch godzinach.Lekki wiatr z tyłu, lambada.Docieramy do Memurubu około południa.Jemy naleśniki i dzwonimy do najbliższych,że żyjemy  Teoretycznie do końca wyprawy zostało pół jeziora.

Kolor jeziora to nie fotoszop – ono autentycznie rozkładało na łopatki tym swoim turkusem.Do tego do złudzenia przypomina fiordy.W drugiej połowie dnia, na deser wzmaga się silny wiatr, robią się białe grzywy na falach i naprawdę staję na wyżynach możliwości, by bezpiecznie to wszystko zakończyć.

A w nagrodę takie widoczki z namiotu…

11 dzień:

Tego dnia wracamy do Oslo, najpóźniej o 17.20 z Gjendersheim, gdzie zaczyna się, a w naszym przypadku kończy jezioro Gjende.Mamy ambitny plan, by z rana ruszyć na Besseggen. Wygrywa jednak opcja nr 2, a mianowicie śniadanie All-in w schronisku w Gjendersheim hytta. Cena za osobę – 165 NOK, ale jedliśmy pod korek. Co by nie było, waga po 11 dniach to minus 3 kg. Około 10 zaczynamy wchodzić na popularne Besseggen, mając w głowie iż najpóźniej o 13 zaczynamy schodzić w dół.

Była niedziela, na szlaku sporo osób, ale i widoki warte wejścia. Tak więc cieszymy się niezmiernie,że podjęliśmy wysiłek ostatniego dnia. Pierwotny plan nie zakładał wejścia na grań, tak więc plan zrealizowany w 100% i jeszcze troche. (całego Besseggen jednak nie przeszliśmy).Po 17 wracamy do Oslo, przed nami nocka na lotnisku Gardemoen i nazajutrz o 12 powrót do Gdańska Norwegianem.

Podróż była niesamowita, nietypowa i z całym wachlarzem zarówno przeżyć, jak i pogody. Będzie co wspominać, a mam nadzieję, że dla niektórych będzie inspirująca do kolejnych wypraw.

* * *

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *